sobota, 31 stycznia 2015

"Pamiętnik narkomanki" Barbara Rosiek

Tytuł: Pamiętnik narkomanki
Autor: Barbara Rosiek
Wydawnictwo: Mawit Druk
Ilość stron: 304
Ocena: poza skalą



Bo narkomani mają piekło na ziemi, czyściec przechodzą w momencie śmierci, cała trucizna uwalnia się w ostatnim oddechu. I potem mają swoją wymarzoną, wyczekaną i wyćpaną szczęśliwość.





Pamiętam jak po raz pierwszy sięgnęłam po Pamiętnik Narkomanki mając trzynaście lat. To był koniec podstawówki, kiedy zdecydowanie nie lubiłam się z moją ówczesną klasą, a przerwy spędzałam albo w bibliotece albo schowana w kącie z książką. Kiedy moi rówieśnicy zobaczyli mnie z tą książką, mieli dziwne miny. Dziewczyny dziwiły się, że wolę tę książkę on Pamiętników księżniczek czy innych książeczek tego typu. Ja czytałam Pamiętnik narkomanki, chodziłam wtedy w glanach i bojówkach. Choć od tamtego czasu minęło wiele lat, choć bardzo zmieniłam się od tamtego czasu, to jednak wciąż jest to dla mnie pozycja wyjątkowa.

Serce buntuje się przeciwko nadmiarowi niezdrowych emocji. Wtedy czuję, że to już blisko. To takie niepojęte, poznanie tajemnicy wiecznego snu, na który tylu wokoło zapada. Myślę, że ktoś poprowadzi mnie za rękę w pierwszą otchłań i odnajdę światło.

Pamiętnik narkomanki to autentyczne zapiski jej autorki – Barbary Rosiek. Wszystko zaczęło się od jednych wagarów, kiedy autorka dosłownie w ciągu jednego dnia, w ciągu kilku chwil wpadła w szpony nałogu, wpadła w szpony nałogu. Ze wzorowej uczennicy stała się narkomanką, dla której przestały liczyć się dobre oceny i 100% obecności. Ważniejsze stało się zdobycie kolejnej działki, kolejne porcje narkotyku. Sama książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o życiu o ciągłym haju. Ten stan autorka opisuje tak: (...) oczywiście jeżeli chcę ćpać dalej. Chcę. Potrzebuję ćpania. Tęsknie za ćpaniem jak za kimś bliskim. Mimo, że wiem, że to same zło. Druga część opisuje jej drugą i żmudną drogę wychodzenia z nałogu, z nałogu, który tak zmienił jej życie. A jak pisze o trzeźwości? Przekonajcie się sami: Trzeźwa mogę kochać się, czuć zapach świeżości dnia, cieszyć się każdą chwilą inaczej, smucić się wszystkimi odcieniami melancholii.

Pamiętnik narkomanki to moim zdaniem lektura obowiązkowa. Począwszy od nastolatek, które uważają, że ich największy problem to kolejny syfek na twarzy czy rzekomo zbyt niskie kieszonkowe. To książka dla dorosłych, dla studentów, dla każdego. Jako przestroga, przed jakimkolwiek uzależnieniem. Jest napisana momentami naprawdę bardzo chaotycznie, ale to z powodu częstego i nieustającego haju. Choć fabularnie może niektórych zawieść, jednak pod względem przeżyć i przesłania jest to książka wartościowa, zapadająca w pamięć i godna przeczytania. Założę się, że wniesie do życia nastolatków o wiele więcej niż W pustyni i w puszczy czy późniejsza Balladyna

Tak już ma być zawsze: poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch, kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, niekończące się noce udręk. Już płakać nie potrafię, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie podziało się moje uczucie miłości? Boże, co ja z sobą zrobiłam.

Gwarantuję Wam, że nie raz zadziwicie się podczas lektury Pamiętnika narkomanki, że nie raz się zszokujecie, nie raz będzie ciężko przez nią przebrnąć czy się otrząsnąć. Ale warto. Dla samej świadomości, przez co przechodzą narkomani, co czują, żeby zobaczyć w bardzo dobitny sposób, czym jest nałóg. Polecam z całego serca! Ostrzegam – zapadnie w pamięć. I właśnie dlatego ją przeczytać. Nie jest ława, nie jest przyjemna, nie jest lekka, ale jest ostrzeżeniem jakich mało. Przy tej książce wyjątkowo trudno jest ubrać mi w słowa, co o niej myślę, co czuję myśląc o niej. Jednak uważam, że naprawdę warto po nią sięgnąć.

W tym cholernym życiu potrzebna jest miłość. Bez niej jest wieczna pustka, która dusi, zabija, męczy. I wtedy nie możemy być sobą. Jest się dla siebie zupełnie obcym. Tak zupełnie i bez reszty obcym dla samego siebie.

piątek, 30 stycznia 2015

"Wstrząs" Robin Cook






Tytuł: Wstrząs
Autor: Robin Cook
Wydawnictwo: Rebis
Ocena: 3/6









Opis wydawcy:
Joanna Meissner i Deborah Cochrane, doktorantki na Uniwersytecie Harvarda, znajdują intrygujące ogłoszenie w uczelnianej gazecie. Klinika Niepłodności Wingate'a oferuje astronomiczne honoraria zdrowym i atrakcyjnym studentkom, które zgodzą się być dawczyniami komórek jajowych. Dziewczyny decydują się na to, lecz po zabiegu szybko opuszczają teren kliniki, która budzi w nich niemiłe skojarzenia z obozem koncentracyjnym i zamczyskiem hrabiego Draculi. Półtora roku później, Joanna i Deborah postanawiają się dowiedzieć, jaki los spotkał ofiarowane przez nie komórki jajowe. Niczego nie mogą ustalić drogą legalną, zatem uciekają się do podstępu. Pod fałszywymi nazwiskami, oraz po zmianie wyglądu, zdobywają pracę w klinice. Prawda o działalności tej instytucji okaże się przerażająca i czeka je niejeden wstrząs...

Moja opinia:
Kiedy sięgnęłam po Wstrząs nie wiedziałam o nim nic. Nie wiedziałam o czym dokładnie jest, wiedziałam tylko tyle, że będzie to thriller medyczny. Po prostu zgrałam na tableta z porcją kolejnych e-booków do czytania i podczas któregoś wykładu zabrałam się właśnie za tę pozycję.

Fakt, że nie wiedziałam czego się po niej spodziewać, sprawił, że czytałam tę książkę, z naprawdę wielkim zapałem, ciekawa medycznych smaczków w wykonaniu Cooka, które uwielbiam. Czytałam i chłonęłam. Chłonęłam i czytałam. Podobało mi się to co w twórczości Robina lubię najbardziej – dużo medycznych szczegółów, wprowadzenie w temat. Do tego podjęcie ciekawego, lekko kontrowersyjnego i aktualnego tematu – pobieranie komórek jajowych, zapładnianie ich in vitro oraz klonowanie. Czyż to nie jest fascynujące? Sama akcja jest dość umiarkowana – czasami się nuży, czasami biegnie trochę szybciej. Jednak fabuła nie jest zbyt skomplikowana, co jest zdecydowanym minusem książki. Do tego niewiele jest w niej zaskoczeń – generalnie jest dość przewidywalna i czasami dość nudna. 

Wstrząs to książka, którą przeczytałam naprawdę szybko, ale również nie jest to książka porywająca na kolana. Postacie mdławe – nie wzbudzające ani sympatii, ani antypatii, po prostu nijakie. Temat ciekawy, ale jednak nie do końca wykorzystany, a do tego zdecydowanie zbyt mało napięcia i intrygi. Ogólnie książka nijaka – dość marnie wypada na tle Mutanta czy Epidemii.

niedziela, 25 stycznia 2015

Hadzine dyskusje: Jak poskromić potwora, czyli moje sposoby na naukę;)


Sesja coraz bliżej, więc chciałabym Wam przedstawić moje sposoby na naukę;)

Z góry zaznaczam, że jestem wzrokowcem, a moje studia (Technologia żywności i żywienie człowieka)  to zacna mieszanka wkuwania (np. z biochemii), zadań (np. z matematyki lub chemii fizycznej) oraz mnóstwa zajęć w laboratorium;)

1.Robienie własnych notatek
Nie ważne czy są to notatki z wykładów czy po prostu notatki z podręcznika do kolokwium czy
egzamin – lubię mieć własne notatki. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że podczas pisania już coś cokolwiek zostaje w głowie. Pisanie jest częścią nauki. Poza tym o wiele lepiej uczy mi się z notatek uporządkowanych według mojego toku myślenia, napisanych moim własnym pismem, aniżeli kserowane i pisane jakimś dziwnym, niezrozumiałym językiem. Układam informację w swoje własne schematy, tabelki itp. Na przykład zamiast szukać informacji o witaminach w całym podręczniku, skonstruowałam sobie własną tabelkę z wszystkimi witaminkami w jednym miejscu – wzory chemiczne, dawki, źródło i inne tego typu rzeczy.

2.Kolory!
Tak, to niezwykle ważna rzecz. Notatki – nieważne czy pisane przeze mnie czy kserowane, drukowane zaznaczam kolorami;) Tylko trzeba uważać, żeby nie przesadzić;) Zaznaczam tylko najważniejsze rzeczy – trudniejsze słowa, nagłówki. Wszystko, po to, żeby łatwiej odnaleźć wzrokiem konkretną definicję czy cokolwiek innego;) Kolorowe schematy, definicje czy długopisy!

3.Fiszki
Są idealne do nauki słówek z języka obcego (od kiedy je odkryłam nigdy nie mam ocen gorszych niż 4 ze słownictwa;). Ale także świetnie się nadają do uczenia się wzorów chemicznych czy definicji. Zasada jest taka sama, jak przy językach obcych – z jednej strony kartki nazwa, a z drugiej wzór czy definicja;) Małe, poręczne, idealne do nauki czy powtarzania na przystanku, w tramwaju, na wykładzie czy w pociągu;) zmieszczą się w piórniku, w kieszeni – wszędzie;)

4.Skojarzenia
Dobry sposób z tych przedmiotów, gdzie jest dużo wkuwania. Skojarzenie wzoru chemicznego z zapachem wydzielanym przez daną substancję albo definicji z anegdotką wykładowcy. Nie zawsze można coś znaleźć, ale są bardzo pomocne;)

Tak się czuję, gdy uczę się skojarzeniami;)
5.Zadania
Matematyka, chemia fizyczna czy fizyka to przedmioty, z których bez rozwiązywania zadań się nie obędzie. Na studiach stosowaliśmy zasadę tysiąca – zrobisz 999 zadań, to 1000 bez problemu zrobisz. Nie uczyć się przykładowych rozwiązań na pamięć, ale rozwiązywać zadania, tłuc, tłuc, tłuc... nie rozumiesz? Wujek youtube i profesor Google służą pomocą z klarownym wyjaśnieniem pojęć. Jednak same pojęcia to nie wszystko – najważniejsza jest praktyka i mnóstwo rozwiązanych zadań. Samemu rozwiązać setki równań kwadratowych, zadań z redoksów, zadań z arkuszy maturalnych. Wszędzie obowiązuje zasada tysiąca. I nie ma bata. Inaczej się nie nauczysz, nie ma szans. Tylko na to potrzeba czasu, bo noc jest długa a zadań tysiące.

6.Jak najmniej rozpraszaczy
Tak to działa. Wyłącz telefon, wyłącz Facebooka, zawieś bloga czy pochowaj książki beletrystyczne jeżeli trzeba. Wyłącz Skype i muzykę (wyjątek to RMF Classic czy coś w ten deseń, ale i tak nie zawsze). Im mniej rozpraszaczy – tym łatwiej się skupić i szybciej nauczyć danego materiału.

7.Mózgo-wspomagacze
Jeżeli już mowa o skupieniu. Nie wyobrażam sobie nauki bez kawy. Zwłaszcza, jeżeli sen jest towarem deficytowym. Jednak kawa wypłukuje magnez. Z tego powodu właśnie warto zaopatrzyć się w preparaty z magnezem (np.tabletki musujące) oraz produkty bogate w magnez oraz kwasy omega 3 (jako technolog żywności polecam magnez, orzechy włoskie, gorzkie kakao oraz gorzką czekoladę powyżej 70% zawartości kakao)

8.Restart mózgu
Zauważyłam u siebie, że podczas nocnych maratonów naukowych (zwłaszcza z chemią pod każdą postacią) około 1-2 w nocy włącza mi się potrzeba restartu, odpoczynku. W takich momentach włączam Youtube i piosenkę... Hera koka hasz LSD. Wiem, że to może durne i infantylne, ale po 2-3 krotnym odsłuchaniu tej piosenki, wraca wigor i chęć do nauki;) czasem przewijają się także inne;)

9.Przerwy
Ważne są dla mnie przerwy, żeby dym uszu nie zaczął lecieć. Dlatego co 45-60 minut idę albo do toalety, albo po kolejny kubek kawy/herbaty, ewentualnie kilka ćwiczeń – kilka pajacyków, podskoków czy przysiadów.

A jakie są Wasze sprawdzone sposoby na naukę?
Jak się uczycie?
Czy któreś z moich Wam się przydadzą?
Dzielcie się!
Czekam na Wasze komentarze!

sobota, 24 stycznia 2015

"Gra Endera" Orson Scott Card

Tytuł: Gra Endera
Autor: Orson Scott Card
Cykl: Saga Endera
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena: 5.5/6



Zbyt długo żyłem w cierpieniu. Bez niego nie wiedziałbym kim jestem.







Sci-fi to rodzaj literacki, którego za wszelką cenę starałam się unikać, uważając, że nie jest on zdecydowanie dla mnie. Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy kolega poprosił mnie o przeczytanie i zrecenzowanie książki Orsona Scotta Carda otwierającej Sagę Endera zatytułowanej Gra Endera. Dostałam e-booka, zaczęłam czytać podczas któregoś wykładu i... przepadłam.

Moc zadawania bólu jest jedyną, która ma znaczenie, moc zabijania i niszczenia, ponieważ jeśli nie możesz zabijać, jesteś zawsze we władzy tych, którzy potrafią. A wtedy nic i nikt nigdy cię nie ocali.

Jest rok 2070 i już na początku książki poznajemy jej tytułowego bohatera – Endera. Jest on trzecim dzieckiem w rodzinie i  nie byłoby w tym nic tak szokującego (choć w dzisiejszych czasach taka liczba dzieci jest coraz bardziej zadziwiająca), ale światowa polityka zmieniła się – teraz w każdej rodzinie może być tylko 2 brzdąców. Ender jest dzieckiem urodzonym na polecenie rządu, dzieckiem – narzędziem, które ma być użyte w okropnej wojnie z Robalami. Na czym polega tytułowa gra? Jakie zadanie ma do wykonania Ender? Czy się spisze? Wykona zadanie, które zostało mu narzucone? Jak się spisze w Szkole Bojowej oraz Szkole Dowodzenia?

Powiem wprost. Istoty ludzkie są wolne z wyjątkiem przypadków, kiedy potrzebuje ich ludzkość. Być może potrzebuje ciebie. Żebyś coś zrobił. Sądzę, że potrzebuje mnie. Żebym sprawdził do czego się nadajesz.

Gra Endera to książka wydana po raz pierwszy wydana w 1985 roku, jednak w Polsce ukazała się ona dopiero kilka lat później - w 1991 roku. Jednak odnoszę wrażenie, że szczególnie głośno się zrobiło w 2013 roku przy okazji premiery filmu o tym samym tytule co książka – Gra Endera. Jak już wspominałam sci-fi mnie zawsze od siebie odrzucał, filmu też nie widziałam, jednak postanowiłam się przekonać jeszcze do tego gatunku, dać szansę tej książce. Nie miałam względem niej żadnych oczekiwań, ale muszę przyznać, ze doprawdy mnie ona urzekła. Dlaczego? Po pierwsze sposób, w jaki został wykreowany główny bohater – Ender – oraz jego rodzina, znajomi, jego inteligencja, która jest nadzwyczaj rozwinięta jak na 6-latka (co dostrzega rząd oraz nauczyciele w Szkole Bojowej). Urzekł mnie styl, jakim cała akcja została opisana, sposób przedstawienia fabuły i bohaterów. Urzekła mnie spora ilość psychologicznego podejścia w opisywaniu skomplikowanych relacji międzyludzkim panujących w świecie znajdującym się w nie tak odległej przyszłości. Złożoności relacji, wydarzeń, przemian ludzi, ich gierek i mniej czy bardziej podłych planów. I to chyba najbardziej mi się spodobało. Niekoniecznie opisywane wojny czy ćwiczenia (które i tak były ciekawe), ale właśnie owe wątki i opisy psychologiczne. 

Czytała kiedyś o Adolfie Hitlerze. Ciekawe jaki był w wieku dwunastu lat. Nie tak sprytny, w tym niepodobny do Petera, ale pewnie tak samo łasy zaszczytów. Jak dziś wyglądałby świat, gdyby w dzieciństwie wciągnęła go młockarnia albo stratował koń?

Czy Gra Endera to książka, którą można polecić? Z ręką na sercu. Miłośnikom tego rodzaju literackiego, a przede wszystkim osobom, które za nim nie przepadają, a chcą się do nich przekonać. Polecam ją także miłośnikom psychologicznych zawiłości, skomplikowanych relacji i nadzwyczaj inteligentnych dzieci. Osobiście zafascynowała mnie ta seria i z chęcią sięgnę po ekranizację i kolejne tomy tej sagi;)

Jeśli spróbujesz i przegrasz, to nie musisz sobie robić wyrzutów. Ale jeśli nie spróbujesz i przegramy, ty będziesz winien. Ty zabijesz nas wszystkich.

Pojedyncze ludzkie istoty zawsze są tylko narzędziami, których używają inni, byśmy wszyscy mogli przeżyć.


piątek, 23 stycznia 2015

Herbaty od kochamherbate.pl #1


Ostatnio nawiazałam współpracę ze sklepem internetowym kochamherbate.pl ;)
Dzisiaj przyszedł czas na recenzję herbatek przesłanych od nich;)

(Kliknij, aby powiększyć)
Łącznie dostałam 9 herbatek, co widać na zdjęciu powyżej;)
Dziś chciałabym zrecenzować trzy z nich;)

(Kliknij, aby powiększyć)


Herbata czarna Romeo i Julia

Źródło

Opis producenta:
Mnóstwo czerwonych, cukrowych serduszek zatopionych w czarnej cejlońskiej herbacie i niesamowity aromat karmelu czyni tę mieszankę niezwykłą. Dla wszystkich romantycznych dusz albo po prostu wielbicieli słodkości!

Moja opinia:
urzekły mnie te serduszka! Herbata podbiła smakiem moje serce;) I nie tylko moje, a także mojej współlokatorki;) Zapach kojarzy mi się z truskawkowymi cukierkami, a urocze serduszka dodają iście walentynkowo-romantycznego klimatu. 


Pu Erh Fitness

Źródło

Opis producenta:
Połączenie herbaty Pu Erh z zieloną Mate o zharmonizowanym cytrusowym smaku z nutą róży.

Moja opinia:
O herbatach Pu Erh tylko słyszałam. W zasadzie czytałam, że przynoszą dobre skutki w walce ze zbędnymi kilogramami. Jednak, choć jestem osobą odchudzającą się (z dobrym skutkiem -20 kg), to nigdy wcześniej nie próbowałam, żadnych herbatek tego gatunku. Aż do teraz. Jak na pierwszy raz wypada całkiem nieźle smakowo. Ma dość nietypowy smak, osoby, które nigdy nie próbowały muszą się przyzwyczaić. I rzeczywiście wspomaga procesy trawienne - w zasadzie w większych ilościach działa lekko przeczyszczająco;)


Rooibos Jagodowy Sen

Źródło

Opis producenta:
Słodkie jagody, truskawki i zaostrzające aromat liście porzeczki owocowo orzeźwiły i dodały energii naszemu ulubionemu naturalnemu Rooibosowi :) Zapach letnich owoców unoszący się ze słonecznego naparu po prostu wprawia w radosny nastrój niezależnie od pory roku.

Moja opinia:
Mocno owocowa, pyszna na gorąco, ale także i po wystudzeniu jako ice tea;) Cud miód i orzeszki;)





niedziela, 18 stycznia 2015

"Rodzinnych ciepłych świąt" Magda Parus

Tytuł: Rodzinnych ciepłych świąt
Autor: Magda Parus
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 138
Ocena: 5.5/6



- Nie wiem, czy warto w Ciebie inwestować – stwierdza ojciec – I tak nic z tego nie będzie. Ale żeby nie gadali, że nie stać mnie na kupienie córce porządnego sprzętu.







Rodzinnych ciepłych świąt to książka, którą kupiłam za kilka złotych na jakiejś wyprzedaży zaintrygowana opisem. Z twórczością autorki nigdy nie miałam kontaktu, żadnych opinii nie czytałam, więc kupiłam ją zupełnie w ciemno. Czy żałuję? Zaraz się przekonacie.


Rodzinnych ciepłych świąt jest książką opowiadającą o dwóch siostrach – Kamili i Lenie. U jednej jesteśmy świadkami Wielkanocy, u drugiej Bożego Narodzenia. Jednak tak naprawdę książka ma drugie dno, istotniejszych bohaterów – mężczyzn uczepionych maminych spódnic, choć podobno dorosłych, mężczyzn, którzy nie potrafili odciąć się od maminej pępowiny. Dramat Leny ciągnie się latami - z roku na rok sytuacja jest coraz gorsza, choć z pozoru trafiła na mężczyznę idealnego Jednak on jest facetem, który nie potrafi psychicznie odciąć się od mamusi, żonę wciąż do niej porównuje... I właśnie to jest utrapieniem Leny. A Kamila? To zupełnie inna historia. Jaka? Co takiego dzieje się z drugą z sióstr? Jednak kto odniesie sukces? Mężczyźni – maminsynki? Jak się skończy ta historia?

Podczas drugiego dania atmosfera przy stole nieco się rozluźnia. Jest tyle potraw do wyboru, że pytania krążą nad stołem, komu pieroga, a może jeszcze łyżkę kapusty? Przez kilka minut mają o czym rozmawiać. Kasia się niecierpliwi, piorunuje wzrokiem dorosłych, ale tata ofuknął ją, kiedy spróbowała popędzać rodzinę, więc tylko zerka tęsknie w kierunku choinki.


Przyznam szczerze, że nie takiego obrotu wypadku spodziewałam się z tej książce. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Oczekiwałam lżejszej książki, a trafiłam na książkę o ciężkich relacjach. Rodzinnych ciepłych świąt to pozycja, która wcale nie opowiada o tak ciepłych relacjach jak można by się spodziewać. Muszę przyznać, że połknęłam podczas jednego dłuższego okienka w ramach zajęć i długo nie mogłam się po niej otrząsnąć. Powodów jest wiele. Przede wszystkim jest to książkach o relacjach międzyludzkich, a w dodatku o relacjach trudnych. O relacjach w rodzinie, o relacjach toksycznych. Do tego tragizm opisanych wydarzeń, mnie naprawdę poruszył. To jak tacy mężczyźni (w sensie maminsynki) traktują swoje żony, dzieci... To jak bardzo są toksyczni i jak bardzo niszczą ludzi wokół siebie. Do tego bardzo zaskakujące zakończenie, które wgniotło mnie w krzesło, które sprawiło, że trudno było mi się skupić na kolejnych zajęciach. Choć książka objętościowo należy do tych krótszych to ma bardzo głęboki przekaz, daje szeroki obraz na relacje i zachowania ludzki. Jest jedną wielką przestrogą dla wszystkich kobiet (dla tych, które już są matkami i dla tych, które dopiero nimi zostaną), przestrogą, jak NIE wychować synów (żeby nie skończyło się to tragedią). Mam jeszcze jeden powód, który mnie tak poruszył – bardziej osobisty. Chłopak, z którym rozstałam się w wakacje był właśnie maminsynkiem, który wprost mówił, że nawet po ślubie nie będzie chciał zostawić mamy, że całe życie (bez względu na żonę i dzieci) będzie chciał mieszkać z mamusią i ciągle mnie krytykując za to, że robię coś inaczej niż ona (jakby w tym było coś dziwnego). I właśnie z tego powodu, po skończonej lekturze tej książki pojawił się chaos myśli z serii: „Boże, przecież za kilka czy kilkanaście lat mogło wyglądać właśnie jak w tej książce, jak dobrze, że z nim zerwałam, dobrze, że teraz, a nie później z jakąś tragedią.” Choć i tak muszę przyznać, że wyszłam z tego związku poharatana psychicznie i do dziś się zbieram. Jednak obdarowywanie książkami w dużych ilościach to nie wszystko. Ale czas wrócić do recenzji książki. Co tu dużo mówić – mocna jest. Napisana zwięźle, czasami kolejne opisy wydają się być powtórzeniem wcześniejszych, ale jednak to wszystko potęguje dramat i tragizm tej pozycji. Wbiła mnie w krzesło, po prostu. Rodzinnych ciepłych świąt to książka mocna, zapadająca w pamięć, tragiczna i poruszająca. Nie da o sobie zapomnieć dłuuuugo.


Rodzinnych ciepłych świąt to książka, która mnie poruszyła i wiem, że mogę ją polecić kobietom, żeby najpierw miały oczy szeroko otwarte przy wyborze życiowych partnerów, a później żeby uważały jak wychowują swoich synów. Polecam ją wszystkim, których interesują książki o trudnych relacjach i o relacjach międzyludzkich w ogóle.

sobota, 17 stycznia 2015

"Jak zostałem bażantem" Rafał Socha





Tytuł: Jak zostałem bażantem
Autor: Rafał Socha
Wydawnictwo: Nowy Świat
Ilość stron: 308
Ocena: 3.5/6









Militariami ani literaturą związaną z tymi klimatami jakoś nigdy specjalnie się nie interesowałam. Po prostu nie mój świat i nie moje kredki. Kryminały, zagadki, tropienie przestępców – to tak. Jednak wojsko, służba wojskowa, jej opisy czy stopnie wojskowe – to generalnie nie moje klimaty. Jednak, kiedy od autora – Rafała Sochy – dostałam możliwość przeczytania książki Jak zostałem bażantem postanowiłam ją przeczytać i zrecenzować będąc niezwykle zaintrygowana tytułem.

Na początku może warto zadać pytanie – kogo nazywa się „bażantami”? Z odpowiedzią przychodzi opis książki na okładce: "Bażantami" nazywano absolwentów wyższych uczelni, odbywających obowiązkowe przeszkolenie wojskowe. Różne formy organizacyjne przybierała służba podchorążych, za każdym razem powoływani byli jednak ludzie ukształtowani, dojrzali, dwudziestokilkuletni. Na instytucję wojska patrzyli nieco inaczej niż poborowi ze służby zasadniczej. 

Głównym bohaterem Jak zostać bażantem jest Konrad Wallenrod. Wydaję się to naprawdę dziwne, ale jego imię i nazwisko wcale nie jest przypadkowe. Dane tej postaci, tak samo jak inne nazwiska czy nazwy miejscowości przewijające się przez stronice tej powieści są doprawdy groteskowe (co również jest podkreślone w opisie wydawcy na okładce, ale już niezamieszczonym przeze mnie w tej recenzji – chętni znajdą;) Czyż Absurdowo lub Kiła nie są przedziwnymi nazwami dla miejscowości? Tak samo czy Moczymorda nie brzmi prześmiewczo? Co do akcji książki – jest ona podzielona na dwie części – tak samo jak szkolenie „bażantów”. Autor dokładnie opisuje ich życie, zadania i role, jakie przyszło im wykonywać – wszystko z dużą dozą groteski co uwydatnia się chociażby w owych nazwiskach. Opisy żołnierskich żartów, apeli, zadań – wszystko bardzo dokładne i skrupulatne. Niektórym przypada to do gustu, innym nie;) A próbka w cytacie poniżej.


Ale Moczymorda nie reagował. Parł przed siebie i mruczał niezrozumiale. Kumpel z najbliższego wozu coś tam podpowiadał, choć nie łapałem. Erotoniusz uporał się wreszcie z rozporkiem i wyraźnie trzymał coś w garści. Czuć było od niego alkoholem. Pchnąłem go mocno do kąta, za szafkę. Taboret się przewrócił, zeszyt i długopis poleciały na posadzkę. Moczymorda skulił się w rogu i – niemalże lgnąc do jednej ze ścian – mamrotał zajadle pod zapitym nosem. Jęki, jakie wydawał, z samego początku zdawały się wyrazem ogromnego oburzenia, ale po chwili, zanim się w ogóle połapałem, przeszły w jakieś takie cieplejsze westchnienia ulgi.

A jak mi się czytało książkę Jak zostałem bażantem? Czułam się dziwnie w nie-moich klimatach i w nie-moim świecie, jednak czytałam ją zaintrygowania, ponieważ byłam ciekawa zwyczajów panujących w wojsku. Wszystko chłonęłam, a uczucie potęgował język opisujący w sposób jasny panujący w wojsku styl, charakter, zachowania... Po prostu bytność tam. Chciałam to poznać i przekonać czy mnie to zafascynuje. A i styl – prześmiewczy i groteskowy. Jednak sama książka jest na pewno pozycją ciekawą, to jednak mnie nie rzuciła na kolana. Może właśnie dlatego, że militaria to nie mój świat. Może dlatego, że zbyt mało było jakiś zagadek. Może dlatego, że wojsko mnie nie fascynuje i ta książka nie sprawiła, żebym zapałała jakąś wielką sympatią czy fascynacją. No cóż bywa.

Komu może się spodobać książka Jak zostałem bażantem? Przede wszystkim wszystkim miłośnikom wojska i militariów bez względu na płeć, a także zapewne większości mężczyzn. No i właśnie tym grupom czytelników polecam tę pozycje. Jeżeli się do nich nie zaliczacie – może tak mnie nie rzucić na kolana ani nie rozłożyć na łopatki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi - Rafałowi Socha.

piątek, 16 stycznia 2015

Kawa bananowa


Taka kawa chodziła już za mną od dawna;)
W końcu miałam do wykorzystania jednego banana i tak oto powstała!
Przed Wami kawa bananowa!



Co będziemy potrzebować?
Składniki na 2 porcje
1 średni lub duży banan
ok. 200 ml mleka
ok. 200 ml wody
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
(ewentualnie można zamienić na 2 espresso)
opcjonalnie cukier

Jak przygotować?
Mleko i wodę wlać do plastikowego wysokiego pojemnika. Dodać rozdrobnionego banana (ja po porostu rozkruszyłam go na kilka kawałków), do tego kawę oraz ewentualnie cukier. Wszystko zblendować. I gotowe;) smacznego;)

środa, 14 stycznia 2015

"Danny mistrz światła" Roald Dahl

Tytuł: Danny mistrz świata
Autor: Roald Dahl
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Ilość stron: 214
Ocena: 5/6


Ale nie będę udawał, że się nie bałem. Bałem się, ale z lękiem mieszało się odczucie ogromnego podniecenia. Większości podniecających rzeczy w życiu towarzyszy strach, inaczej nie byłoby to takie ekscytujące.






Pamiętam czasy mojej szkoły podstawowej, kiedy jako mała Asia (na ów czas może z 11-letnia) co kilka dni na długich przerwach lub po lekcjach znikałam w szkolnej bibliotece. Panie bibliotekarki pozwalały mi wchodzić tam, gdzie zazwyczaj nie miewali tak szerokiego wstępu uczniowie. Ja co jakiś czas porywałam coś autorstwa Dahla zachwycona jego piórem, a później stęskniona wpatrywałam się w półkę, na której stały jego książki, czy nie pojawiło się jakimś trafem nic nowego (w pewnym momencie już wszystko jego autorstwa z naszej biblioteki miałam przeczytane). Później miałam długą przerwę, aż w końcu na starość (:D) zatęskniłam za poczciwym panem Dahlem.

Danny mistrz świata to opowieść o tytułowym Dannym oraz o jego tacie. Ojciec chłopaka jest właścicielem maleńkiej stacji paliw oraz warsztatu samochodowego, a Dany mu przy tym pomaga. Mieszkają szczęśliwie obok stacji w przyczepie, która robi im za dom i śpią na piętrowym łóżku. Pewnej nocy Danny orientuje się, że jego taty nie ma w ich skromnym mieszkanku. Co takiego robi wtedy ojciec chłopaka? Czemu zostawił syna samego? Czemu w tytule został on nazwany mistrzem świata? I w jakiej dziedzinie?

Ci, co nie znali go dobrze, uważali, iż jest człowiekiem surowym i poważnym. Tymczasem był bardzo wesoły,a jeśli wydawało się inaczej to dlatego, że nigdy się nie uśmiechał. Wszystko rozgrywało się w jego jasnoniebieskich oczach. Kiedy pomyślał coś radosnego, pojawiał się w nich blask, a jeśli ktoś wpatrzył się w nie uważniej, mógł także dostrzec złociste skierki tańczące w źrenicach. Ale usta nigdy się nie uśmiechnęły.

Tę książkę pochłonęłam w ciągu jednego dnia zafascynowana, stęskniona za piórem Roalda Dahla, nie napełniona Krokodylem olbrzymim. Danny mistrz świata to językowo i stylistycznie już ten sam poziom, jaki pokochałam i za jakim tęskniłam. Fabularnie i opisowo co prawda nie jest to ten poziom co na przykład w książkach takich jak Charlie i fabryka czekolady czy BFO. Jednak jest w tej książce coś co mnie zupełnie urzekło i rozwaliło na łopatki. Mianowicie bardzo ciekawie i głęboko opisana relacja Danny'ego i jego taty, ich rozmowy, zwierzenia, wspólne wykonywanie wielu czynności i tak naprawdę ich przyjaźń. Piękna relacja! A wszystko opisane narracją pierwszoosobową oczami Danny'ego! Lektura tej książki sprawiła, że nie raz się uśmiechnęłam, czasem z dowcipu, czasem z rozrzewnienia nad relacją chłopaka i jego ojca. Podobno jest to książka oparta na niektórych wydarzeniach z życia samego autora, jednak nie wiem w jakim stopniu. 

Danny mistrz światła to książka, którą z ręką na sercu mogę polecić młodszym i starszym czytelnikom szukającym dobrej rozrywki przy lekkiej książce opisującej jednocześnie bardzo ciekawą i piękną relację.




niedziela, 11 stycznia 2015

"Ponieważ byłam księżną" Jacqueline Pascarl-Gillespie

Tytuł: Ponieważ byłam księżną
Autor: Jacqueline Pascarl-Gillespie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 336
Ocena: 6/6



Uważam, że głośne wypowiadanie opinii, jest metodą na poprawę świata - współudział w milczeniu może być równie niemoralny jak sama niesprawiedliwość.





Wyobraź sobie, że jesteś matką i ktoś porwał Twoje dzieci. Wyobraź sobie, że tym kimś jest ich ojciec i nie chce ich oddać. Wyobraź sobie ból matki, która przez 14 lat nie może spotkać ani porozmawiać, ze swoimi dziećmi, która nie może ich przytulić ani obdarować czułością. Przez coś takiego właśnie przechodziła autorka książki Ponieważ byłam księżną.

Jacqueline Pascarl-Gillespie to australijska pisarka, osobowość znana z tamtejszej telewizji oraz matka porwanych dzieci. Dzieci, których porwał ich ojciec – malezyjski książę. Te wydarzenia zostały już opisane w książę Kiedyś byłam księżną. Teraz jesteśmy świadkami opisywanej przez autorkę walki o dzieci, jej zacięcie i zaangażowanie w odzyskanie dzieci, a także w pomoc rodzicom, który znaleźli się w podobnej sytuacji jak ona. Aż w końcu przyszło ono - to szczęśliwe zakończenie o jakim marzyła. Jej dzieci znalazły się blisko. W końcu po 14 latach walki.

Ponieważ byłam księżną chciałam przeczytać od razu jak skończyłam czytać jej poprzedniczkę – Kiedyś byłam księżną. Z jednego prostego powodu – chciałam przekonać się jak ta historia się skończyła. Postanowiłam skończyć tę serię, choć zachowanie Bahrina (byłego męża autorki i tegoż samego człowieka, który porwał ich dzieci) czasami naprawdę doprowadzało mnie do istnej wściekłości zadającej pytania z serii: „Jak tak można?? Jak można mieć takie podejście do życia i do rodziny??”. Książka jest napisana dobrym, łatwym w obiorze językiem, choć niejednokrotnie podczas jej czytania miałam przysłowiowe oczy jak pięć złotych. Dlaczego? Z podziwu dla matczynej miłości autorki, jej zaangażowania w różne akcje humanitarne, z szoku wywołanego, przez zachowania Bahrina, ze szczęścia, że wszystko skończyło się szczęśliwie.

Po prostu wiem, że pojedynczy człowiek może zmienić świat. Jeśli nawet nie ruszy go z posad, przysłuży się ludzkości, jeśli dotarłszy do serc, sprawi, że czyjaś egzystencja stanie się bardziej znośna.

Ponieważ byłam księżną to książka, po której na początku nie wiadomo czego się spodziewać, ale jednocześnie polecam ją z ręką na sercu. Nie jest to literatura łatwa, ale wartościowa i otwiera oczy na wiele sytuacji. No i zdecydowanie najpierw trzeba przeczytać najpierw pierwszą część Kiedyś byłam księżną, bo bez tego można nie połapać się w tej części. Piękna opowieść o matczynej miłości, walce, oddaniu i poświęceniu. Polecam!


Jacqueline Pascarl-Gillespie z odzyskanymi dziećmi

piątek, 9 stycznia 2015

Kawy od Cafe Mia;)


Ostatnio miałam przyjemność nawiązać współpracę z palarnią kawy Cafe Mia;)
Dziś chciałabym zrecenzować ich produkty;)



W paczuszczce dostałam 4 kawy i ulotkę;)
Paczkę dostałam 23 grudnia, a na etykietach jest napisane, że data palenia jest 22 grudnia (czyli dzień wcześniej). Początkowo nie chciało mi się w to wierzyć, ale jak po otwarciu rozległ się zapach bardzo aromatycznej, świeżej kawy - uwierzyłam;)


Zaczęłam od testowania kaw smakowych:

Obydwie kawy są mielone i mocno aromatyczne. 
Co ciekawe - kawy są aromatyzowane zaraz po złożeniu zamówienia, więc mamy pewność, że zawsze są świeże. 
Gatunek: arabica

Osobiście bardziej do gustu przypadła mi kawa czekoladowa. Delikatny smak czekolady, nie zabijający aromatu kawy.
Pomarańczowa też jest ciekawa - wyraźnie czuć świeżą pomarańczę, a nie jakieś sztuczne pomarańczopodobne aromaty. Jednak odniosłam wrażenie, że ów aromat jest ciut za mocny;) Ale naprawdę ciekawy.



Następne były dwie kawy ziarniste Mia oraz Mia Rosso

Mia
Charakterystyka: Bardzo wyrazista, intensywna o mocnym aromacie i smaku, mieszanka pochodzi z Ameryki Południowej i Azji. Arabika 40% / Robusta 60%
(ze strony producenta)

Mia Rosso
Charakterystyka: Mieszanka kaw bardzo zrównoważonych, lekko kwaskowych, napar dość wyrazisty. Przewaga kaw z Ameryki Południowej i Indii. Arabika 70% / Robusta 30%
(ze strony producenta)

Kawy są aromatyczne, świeże, nie przepalone i niezbyt gorzkie czy kwaśne;)
Jak na kawy ziarniste - dla mnie wręcz idealne;)

Wszystkie kawy są aromatyczne, świeże i wysokiej jakości.
Tak stałam się fanką kaw od Cafe Mia!;)

Zapraszam na zakupy!



wtorek, 6 stycznia 2015

"Krokodyl olbrzymi" Roald Dahl





Tytuł: Krokodyl olbrzymi
Autor: Roald Dahl
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 64
Ocena: 3/6








Roald Dahl to autor, którego polubiłam będąc w podstawówce i zaczytywałam się chociażby w jego książce Charlie i fabryka czekolady czy BFO. Co prawda od zakończenia mojej szkoły podstawowej upłynęło już trochę czasu to wciąż darzę sympatią tego autora, dlatego podczas ostatniej wizyty w bibliotece zgarnęłam między innymi i jego książki;)

Krokodyl olbrzymi to krótka opowiastka o bardzo żarłocznym krokodylu, który najbardziej lubił smakować się w tłuściutkich dzieciaczkach. Kiedy naszła go wielka ochota na swoje przysmaki, wybrał się na polowanie na szkraby przy okazji mówiąc o tym różnym innym zwierzętom. Czy polowanie mu się udało? Jakie sztuczki postanowił zastosować? Czy poczuł się po nim lepiej? 

Kiedy zabierałam się za czytanie Krokodyla olbrzymiego nie miałam względem niego zbyt wielkich oczekiwań – wiedziałam po prostu, że to typowa literatura dziecięca, z której już jestem lekko wyrośnięta;) Zaczęłam czytać i czytałam, czytałam, aż przeczytałam za jednym podejściem. I co o niej myślę? Choć na samo zakończenie wywołało na mojej twarzy uśmiech, to stwierdzam, że książka jest bardzo przewidywalna (literatura dla dzieci, więc ten aspekt traktuję z przymrużeniem oka). Jednocześnie książka jest napisana językiem odpowiednim do tej grupy wiekowej – łatwy, zrozumiały i klarowny. Jednak odnoszę wrażenie, że jest niezbyt adekwatna dla dzieciaków. Moim zdaniem pisanie w książce dla małych smyków pisać o pożeraniu dzieci przez krokodyla jest średnim pomysłem, ale to tylko moje dziwne zdanie, a czasem jestem bardzo dziwna w swoich poglądach. 

Podsumowując Krokodyl olbrzymi to książka, przy której jako 21-latka mogłam się odprężyć, uśmiechnąć na koniec i spędzić czas z lekturą lekką i niewymagającą. Muszę przyznać, że dzieciom bym tej książki chyba nie przeczytała – bałabym się o potencjalne ich potencjalne koszmary, że jakiś potwór przyjdzie, na każdym kroku będzie na nie czyhał i je czym prędzej pożre .

Hadzine odkrycia muzyczne z przełomu roku;) (HOM #1/2015)


 

Jak obiecałam w podsumowaniu roku - ruszam nowym cyklem, w którym chciałabym się z Wami podzielić utworami, które w ostatnim czasie chodzą mi po głowie;)


Belle
najlepiej w tej oryginalej obsadzie
(Patrick Fiori, Garou & Daniel Lavoie)
Dzięki tej piosence utwierdzam się w przekonaniu, 
że warto nauczyć się języka francuskiego!
I jaka piękna!




Uciekali (kolęda)
Co prawda nie wchodzi mi tutaj oryginalna wersja z musicalu Metro Studia Buffo, która jest nie do pobicia, ale ta jest bardzo zbliżona!




Jest taki samotny dom 
Budka Suflera
Uwielbiam, uwielbiam! Od ich koncertu pożegnalnego w Toruniu 6.12.2014 nie potrafi "wyjść" z głowy, ciągle siedzi, podnosi na duchu i przywołuje miłe wspomnienia;)




Bluzwis
z musicalu Metro
wersja ze Studia Accantus zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu!
Ach, te basy!



Ścieżka dźwiękowa z Gry o Tron
Choć książki jeszcze nie czytałam, to wkręciłam się w serial, który oglądam przy robieniu na drutach lub temu podobnych czynnościach;) (nie lubię oglądać filmów czy seriali nie mając zajętych rąk). Muzyka jest po prostu cudowna!



Babcia mówi
Maja Koman
Co prawda odkrycie już dość dawne, ale wciąż aktualne;)
Piosenka w żartobliwy sposób opisująca aktualny świat kobiet i mężczyzn, w którym następuje pomieszanie ról;)
Aż chce się zaśpiewać:
"Oj gdzie ci mężczyźni,
Oj prawdziwi tacy,
Oj gdzie te chłopy, gdzie ci fajni chłopacy,
Gdzie kobiety w spódnicach z biodrami do rodzenia,
A nie anorektyczki z miłością do głodzenia"

Znacie któreś z tych piosenek?
Co o nich sądzicie?
Jakie Wam aktualnie chodzą po głowie?

poniedziałek, 5 stycznia 2015

"Karolina XL" Marta Fox

Tytuł: Karolina XL
Autor: Marta Fox
Wydawnictwo: Akapit press
Ilość stron: 152
Ocena: 5/6

Chciałam zamknąć rozdział życia pod tytułem „Chris” i nie było to proste, bo życie to nie książka, nie powinno się go odkładać na półkę, gdy nam coś nie pasuje. Z życiem trzeba się mocować albo mu się poddawać , ale nie można od niego uciekać. Nie po to się urodziłam, by uciekać, no nie? Nie po to się urodziłam, by być nieszczęśliwą, a nikt mi szczęścia na tacy nie przyniesie, trzeba o nie zawalczyć. Zawalczyć i wygrać.



Żyjemy w świecie, któremu trendy nadają modelki w rozmiarze XS i ogólnie jest to uważane na normę i szczyt atrakcyjności.  I w tym świecie rozmiar XL jest traktowany jako porażka i wstyd, który jest wytykany placami przez innych. Często bardzo boleśnie odbijając się na psychice osoby wytykanej. O tym przekonała się bohaterka książki Karolina XL autorstwa Marty Fox.

Karolina jest dziewczyną z dużą nadwagą, którą rówieśnicy wytykają palcami wyzywając od macior, krów i innych w znaczeniu zbliżonym do tych właśnie wymienionych. Przez swoją nadwagę jest dziewczyną z bardzo niską samooceną i bez jakichkolwiek przyjaciół. Ale na szczęście ma mamę, w której ma oparcie. Co jej się przytrafia? Jak radzi sobie ze szkolnymi problemami i zadziornymi, dokuczającymi znajomymi? 

Przyznam szczerze, że Karolina XL to książka, po której spodziewałam się czegoś innego, ale jednocześnie wcale się na niej nie zawiodłam. Akcja książki jest dość powolna, pełna retrospekcji i wspomnień, czasem wydarzeń niedopracowanych, ale jednak nie to w tej pozycji jest dla mnie ważne. Język nie jest zbyt dojrzały i wyrafinowany, ale prawdziwy i autentyczny. Najważniejszy (według mnie oczywiście) jest temat, jaki Marta Fox poruszyła w tej pozycji – temat nadwagi i szydzenia z niej. Karolina – bohaterka książki – i jej problemy były dla mnie niezwykle bliskie z jednego powodu – sama przechodziłam przez coś podobnego (choć i tak czasem jej zachowania wykreowane przez autorkę naprawdę wydawały mi się infantylne i niezbyt mądre). Choć i tak udało mi się trochę kilogramów zrzucić (dla zainteresowanych – moje zdjęcie z serii „przed i po”) to wciąż mam nadwagę i sama doświadczałam psychicznego bólu wyszydzania, wyzywania od świń, macior, spaślaków, żarłaczy czy najgorszych tylko dlatego, bo jestem grubsza i nie wpisuję się w standardy dzisiejszego świata w rozmiarze XS. Co prawda nie wszystko, co przytrafiło się bohaterce przytrafiło się także mi, ale doskonale rozumiem jej niską samoocenę, jej humor, odcięcie od świata, jej przeżycia i odczucia. 

Karolina XL to książka, która fabularnie czy językowo nie zachwyca, pod tym względem są pozycje lepsze w kategorii książek dla młodzieży. Jednak porusza ona bardzo ważny temat nadwagi wśród nastolatków. Polecam ją każdemu. Osobom grubszym, żeby nie czuły się osamotnione. Osobom chudym, ku przestrodze, żeby zastanowiły się kilka razy zanim wyzwą kogoś od grubej świni i postanowią komuś w ten sposób zniszczyć psychikę i samoocenę.

piątek, 2 stycznia 2015

Twarożek bananowy;)


Podczas dobrej lektury i po dobrym treningu jest potrzebny smaczny i lekki posiłek;)
Świetnie w tej roli sprawdzi się twarożek bananowy!;)



Co będziemy potrzebować?
ok. 100 g twarogu
1 banan
2-3 łyżki mleka
3 kostki gorzkiej czekolady

Jak przygotować?
Wszystkie składniki zblendować na jednolita masę i gotowe!
Smacznego!


Idealne także jako posiłek potreningowy;)