środa, 26 grudnia 2018

"Czarne narcyzy" Katarzyna Puzyńska


Tytuł: Czarne narcyzy
Autor: Katarzyna Puzyńska
Cykl: Lipowo
Tom: ósmy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 640
Ocena: 5/6



Czasem tak po prostu musi być. Czasem coś należy się właśnie tobie.





Za każdym razem, jak Katarzyna Puzyńska wydaje nową książkę, ja cieszę się jak dziecko, autentycznie. Bardzo lubię serię o Lipowie i lubię wracać do niego w kolejnych tomach. W końcu zabrałam się za ósmą część o policjantach z Lipowa i Brodnicy pt. Czarne narcyzy i skończyłam ją dość szybko, z zamiarem bliskiego kolejnego spotkania z twórczością Puzyńskiej w kolejnych tomach.

Brodnica przygotowuje się do obchodów lipcowego Święta Policji. Daniel Podgórski nie ma jednak powodów do radości. Niektórym ludziom bardzo zależy, żeby jak najszybciej zapomniał o zamkniętej już sprawie śmierci trójki bezdomnych. Przy każdym z ciał z jakiegoś powodu pozostawiono niewielkie wahadełko. Pewna dziennikarka sugeruje policjantowi, żeby szukał odpowiedzi w opuszczonym domu ukrytym w leśnej gęstwinie. Miejscowi wierzą, że to miejsce nawiedzane przez diabła. Kobieta wkrótce znika bez śladu, a Podgórski wraz z byłą komisarz Kopp odnajduje kolejne ciało. Co ma z tym wspólnego niepokojąca wiadomość, którą Weronika Nowakowska otrzymuje od nieznanego nadawcy? Dlaczego drobny złodziejaszek ginie tego samego dnia, kiedy wychodzi z więzienia? I jakie znaczenie dla sprawy mają czarne narcyzy?
                                                                             opis wydawcy

Stęskniona za Lipowem sięgnęłam po Czarne narcyzy, a skuszona mroczną opowieścią z legendą o drwalu w tle byłam tym bardziej podekscytowana. Zaczęłam czytać ciekawa tego, jak będzie się zachowywał Daniel Podgórski w tej części, bo w Domu czwartym byłam nim zupełnie zniesmaczona i rozczarowana. No i muszę przyznać, że zaczął powoli wychodzić na prostą (choć jeszcze nie wyszedł), z czego niezmiernie się cieszę i jestem coraz bardziej ciekawa co będzie dalej. Styl i język najzupełniej w stylu Katarzyny Puzyńskiej – niezbyt skomplikowany, bardzo przyjemny w odbiorze, lekki. Autorka prowadzi fabułę płynnie, gładko, sprawiając, że czytelnik w Lipowie czuje się niemal sielankowo. Niemal, bo gdyby nie pomysł na fabułę – mroczny, opuszczony dom, legenda o tym, że szatan opętał żonę drwala, a do tego morderstwa, które wskazują na ów mit, byłoby naprawdę sielankowo. Do tego naprawdę dobra równowaga między wątkami kryminalnymi a obyczajowymi, a do tego pierwiastek psychologiczny, z czego naprawdę się cieszę, jako studentka psychologii. Kawałek dobrej, wciągającej i mrocznej lektury!
Ludzie ciągle kłamią. Z tak wielu powodów, że naprawdę trudno to czasem ogarnąć.

Czarne narcyzy to już ósmy tom sagi o Lipowie i kolejny, który mnie nie zawiódł. Ktoś, kto nie czytał wcześniejszych części – zdecydowanie może się zgubić, ale jednak każdy miłośnik tej serii będzie zadowolony. U mnie w biblioteczce czeka już następna część pt. Nora i na jej lekturę cieszę się niezmiernie. Polecam, ja jestem naprawdę zadowolona.

Czarne narcyzy zakwitły
Dnia dwudziestego pierwszego
Czekała sama cierpliwie
Las wokół pusty bez niego
Kroki ciszę przerwały
Wyszła mu na spotkanie
Czarne narcyzy miał w dłoniach
Czarne narcyzy dla niej


wtorek, 25 grudnia 2018

Świąteczna, ale jednak nieświąteczna playlista (HOM #3/2018)


Koniec roku się zbliża, a ja się skapnęłam, że ostatnie odkrycia muzyczne były prawie pół roku temu. Tym bardziej, że kilka piosenek się nazbierało w tym czasie;)



Kto nie kochał
Piotr Cugowski

Najnowszy singiel Piotra Cugowskiego. Pisałam już, że uwielbiam jego głos?
Zakochałam się <3




Mam zły dzień
Agnieszka Chylińska



Schiza
Agnieszka Chylińska

Schizo, moja schizo
Daj mi dziś spokój
Daj mi dziś żyć
Schizo, moja schizo
Zabrałaś mi wszystko

Chylińską lubię od dawna, więc niezmiernie ucieszyłam się z jej nowej płyty. A te dwie piosenki szczególnie wpadły mi w ucho.




Jestem Twój
Bogusław Linda
(cover Lonarda Cohena)

Bardzo lubię tę piosenkę. Wysłał mi ją mój K. na początku naszej znajomości i to właśnie z tą relacją mi się kojarzy. No i filmie Sara, z którego pochodzi ta piosenka jest coś o nas (duża różnica wieku;)).




Ta święta noc (O Holy Night)
Studio Accantus

Studio Accantus uwielbiam od kiedy ich poznałam. Tej kolędy nie słyszałam wcześniej przed ich interpretacją i od razu skradła moje serce. 


No i to by było na tyle.
Znacie coś z tej listy?
Czego Wy aktualnie słuchacie?

niedziela, 16 grudnia 2018

"Agatha Raisin i ciasto śmierci" M. C. Beaton

Tytuł: Agatha Raisin i ciasto śmierci
Autor: M. C. Beaton
Cykl: Agatha Raisin
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Storytel
Długość: 7 godz. 17 min.
Czyta: Paulina Holtz
Ocena: 4,5/6



Czemu jesteśmy tacy bezradni, jak zabłąkane owce?





Opinie o kryminałach z Agatha Raisin w roli głównej widywałam już w blogosferze i zapisałam je w głowie na liście do przeczytania w bliżej nieokreślonym czasie. Aż w końcu szukałam jakiegoś lekkiego audiobooka do słuchania podczas przerabiania zdjęć z kilku sesji (ich efekty można zobaczyć TUTAJ), więc przeszukując Storytel wybór padł na pierwszy tom z serii, czyli Agatha Raisin i ciasto śmierci. 

Zmęczona miejską gonitwą Agatha Raisin zamyka dochodową firmę w Londynie i przechodzi na wcześniejszą emeryturę, żeby zasmakować spokojnego życia w cichej wiosce Carsely. Znudzona, samotna, przyzwyczajona do sukcesów i uznania, przystępuje do miejscowego konkursu na najlepszy wypiek. Przynosi nań nadziewane ciasto francuskie zakupione po kryjomu w znakomitej londyńskiej piekarni. Jednak ten sposób na awans społeczny zawodzi. Nie dość, że sędzia odrzuca jej kandydaturę, to jeszcze pada martwy po skosztowaniu smakołyku.

                                                                                    opis wydawcy


Agatha Raisin i ciasto śmierci to książka, do której podchodziłam bez większych oczekiwań – po prostu chciałam czegoś lekkiego i niezobowiązującego...Obietnica, że Agatha Raisin to nowa panna Marple, sprawiała, że pozycja zapowiadała się interesująco i atrakcyjnie. Zaczęłam słuchać i od razu ta publikacja skojarzyła mi się z twórczocią Alka Rogozińskiego. Na pewno wpłynął na to fakt, że zarówno tutaj, jak i w serii z Różą Krull, lektorem jest Paulina Holtz, ale odniosłam także wrażenie, że klimat jest trochę podobny, właśnie w klimacie komedii kryminalnej. Jednak osobiście więcej uśmiechu i sympatii wywołała u mnie twórczość naszego rodzimego pisarza, no cóż... bywa;) Pierwszy tom książek z Agathą Raisin w roli głównej jest napisany w sposób bardzo lekki i dość humorystyczny, ale jednak pomysł na fabułę jest nie do końca wykorzystany. Jest taki... prosty, zbyt prosty... Do tego akcja, której mogłoby być więcej, zwłaszcza, że jest to powieść kryminalna, w której jednak powinno się dziać. Jak dla mnie zbyt dużo było wątków dotyczących wystroju, przeprowadzki itp., a za mało kryminału w kryminale, a za dużo lekko infantylnej obyczajówki. Język, jakim jest napisana ta książka jest równie mało skomplikowany jak fabuła i akcja, co nie wpływa dobrze na ogólną ocenę pozycji. Jednak przynajmniej trochę się pouśmiechałam podczas jej słuchania, to trzeba przyznać... A że pochodzę z małego miasteczka, to znam dość dobrze te małomiasteczkowe zwyczaje...
Kobieta ma tyle lat na ile ocenia ją mężczyzna który ją wybierze.
Agatha Raisin i ciasto śmierci jest książką zdecydowanie bardzo lekką i niezobowiązującą. Nie ma wyrafinowanej fabuły, akcji czy języka, ale za to ma w sobie trochę humoru i można poczuć przyjemność w owej lekkości tej lektury. Mogę ją zdecydowanie polecić młodszym czytelnikom, w szczególności młodszym nastolatkom, którzy chcieliby zacząć przygodę z kryminałami, ale jednocześnie nie być przeciążonym zbyt ciężkimi i brutalnymi klimatami. Dla smakoszy tego rodzaju literackiego, książka będzie zdecydowanie zbyt lekka i... płytka. Ale osobom starszym mogę polecić jako coś lekkiego, jako tło do czegoś (tak jak u mnie – do obróbki zdjęć). Osobiście planuję poznać kolejne tomy z Agathą Raisin, ale również nie oczekując arcydzieła, bo ta seria zdecydowanie nie jest mistrzostwem świata, jeżeli chodzi o kryminały, ale urzekła mnie lekkością i poczuciem humoru. Nie zmienia to faktu, że moje serce w zdecydowanie większym stopniu należy do Rogozińskiego <3

piątek, 7 grudnia 2018

"Plac dla dziewczynek" Lena Oskarsson





Tytuł: Plac dla dziewczynek
Autor: Lena Oskarsson
Wydawnictwo: Czarna owca
Ilość stron: 388
Ocena: 4/6









Nawet nie pamiętam skąd wzięłam Plac dla dziewczynek, chyba z jakiejś wymianki albo bibliotecznej wyprzedaży... Ostatnio, kiedy wylądowałam na kontrolnych badaniach w szpitalu – ta książka była razem ze mną, bo opis na okładce zapowiadał ciekawą i wciągającą lekturę, idealną na czytanie w na oddziale. Jak wypadło?

Urokliwe miejsce na szwedzkiej prowincji nad jeziorem Skiresjon, niedaleko Vimmerby, gdzie urodziła się Astrid Lindgren. Brutalne i perwersyjne morderstwo burzy sielankę i elektryzuje miejscową społeczność. Oprócz policji własne śledztwo prowadzi również jedna z mieszkanek – Zuza Wolny, imigrantka z Polski. Szuka nie tylko mordercy, ale również miłości i nie powstrzymuje jej nawet to, że na jednym zabójstwie się nie kończy. Odkrywa drugą stronę szwedzkiego raju – szokujące namiętności, złe pożądanie, traumy, z którymi dorosłe „dzieci z Bullerbyn” nie potrafią się uporać.
                                                                                               opis Wydawcy

Biografie mówią, że Lena Oskarsson to szwedzka pisarka pisząca pod pseudonimem i będąca z zawodu psychologiem, jednak pojawiają się podejrzenia, że jest to alias jakiegoś polskiego pochodzenia. Podczas lektury Placu dla dziewczynek sama miałam dość mocne właśnie takie przeczucie, chociażby na podstawie obecności jednej z głównych bohaterek, która była Polką. Od samego początku zauważałam sporo odniesień do polskiej kultury i zwyczajów, stąd moje podejrzenia o polskim pochodzeniu autorki. Jednak nie da się zaprzeczyć, że w książce jest sporo sympatycznego klimatu ze skandynawskich kryminałów. Fabuła jest naprawdę ciekawa, pomysł na nią wykorzystany ciekawie, ale jednak akcja mogłaby się toczyć się trochę szybciej. Plac dla dziewczynek jest napisany w całkiem przyjemny w odbiorze sposób, co w połączeniu z fabułą sprawiło, że książkę czytało się naprawdę dobrze i naprawdę umiliła mi pobyt w szpitalu. Lektura nie rzuca na kolana, nie jest wysokich lotów, ale taki interesujący, lekkie czytadło. 

Plac dla dziewczynek to pozycja utrzymana w klimacie typowego, skandynawskiego kryminału. Nie jest to arcydzieło czy literatura super wysokich lotów, ale muszę przyznać że czytało się dość przyjemnie i z chęcią kiedyś sięgnę po inne książki z repertuaru Leny Oskarsson. A jeżeli jest to rzeczywiście autorka polskiego pochodzenia – to naprawdę dobrze oddane klimaty Skandynawii i kryminałów z tamtego rejonu. Polecam jako ciekawe czytadło na umilenie czasu, tak jak ja spędziłam miło czas w szpitalu.



sobota, 24 listopada 2018

"Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku" Grażyna Jagielska


Tytuł: Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku
Autor: Grażyna Jagielska
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 208
Ocena: 3/6



A w ogóle - mówiłem sobie - człowiek nie powinien tak cierpieć, w takim cierpieniu jest coś przeciwnego naturze(...).





Pobyt w szpitalu psychiatrycznym zdecydowanie nie jest doświadczeniem, o którym się marzy i chciałoby się je przeżyć na własnej skórze. Czasami po prostu są sytuacje konieczne... Z racji studiów bardzo mnie interesują tego typu sprawy (marzą mi się praktyki w takim szpitalu, ale to jeszcze nie czas na to), ale jednak postanowić przeczytać książkę pt. Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku, żeby co nieco się na ten temat dowiedzieć... Jak wypadło?

Poznała kobiety, które tak jak ona długo udawały, że wszystko jest w porządku. Spotkała twardzieli, którzy musieli nauczyć się płakać. Była w miejscu, w którym można było wszystko. Nie wolno było jednego – kłamać. Julia musiała być coraz lepsza, aż pod wpływem stresu odcięła sobie ucho. Ratownik wiecznie golił głowę i wierzył, że dzięki temu stanie się kimś innym. Marek wrócił z wojny jako bohater, a potem załamał się i żył jak zwierzę. Karolinka była przekonana, że jest aniołem i nikt jej nie widzi. Autorka zabiera nas w podróż pełną intymnych zwierzeń i prawdziwych emocji. W poruszający sposób opisuje azyl dla zagubionych oraz obrazy, które prześladowały ich latami. Opowiada o szczerości, potrzebie zrozumienia i bliskości.
                                                                         opis wydawcy

Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku to książka, po którą sięgnęłam ze sporą nadzieją. Wiedziałam, że beletrystyka i wcale nie liczyłam na popularnonaukową literaturę... Wiedziałam, że naprawdę dobrze, że podejmuje temat tabu, ale jednak muszę przyznać się, że trochę się nią rozczarować... Super, był psychiatryk, byli żołnierze z Afganistanu, były różne oddziały i zaburzenia. Świetnie, że autorka postanowiła zdemaskować trochę swojej prywatności. Jednak ja liczyłam na więcej tego co się dzieje w głowach bohaterów, szczególnie tej, będącej główną postacią. Jak dla mnie było zbyt mało tego szpitalnego życia. Muszę przyznać, że liczyłam na jakieś bardziej... brutalne czy przykre opisy, odniosłam wrażenie, że wszystko było zbyt delikatnie, łagodnie i kolorowo pokazane. Język, jakim jest napisana książka, jest w porządku, przystępny, dość przyjemny w odbiorze, ale zupełnie nie mam porównania z innymi pozycjami Grażyny Jagielskiej.
Mogliśmy bezkarnie przyznać się do zabójstwa, kradzieży albo draństwa, maltretowania żony albo braku miłości do dzieci, ale nie wolno nam było skłamać. Kłamstwo było aktem wymierzonym w istnienie grupy.

Anioły jedzą trzy razy dziennie są książką, którą zdecydowanie poruszają tabu, ale w moim odczuciu nie wykorzystują go w pełni, a jedynie są namiastką tematu. Czyta się szybko, ale jednak w tym wszystkim czegoś brakuje, jakiś psychologicznych smaczków czy więcej jakiejś akcji. Czy mogę polecić? Dla ludzi, którzy nie mają żadnej wiedzy psychologicznej czy psychiatrycznej – może być ciekawy początek przygody z tego typu literaturą. Dla ludzi szukających mocniejszych wrażeń – nie tutaj. W moim odczuciu zupełnie przeciętna książka, która nie rzuca na kolana i nie wzbudza zachwytów. Mogę liczyć tylko na to, że choć niektórym może otworzyć oczy na problemy chorób psychicznych.

piątek, 9 listopada 2018

"Zimne ognie" Simon Beckett

Tytuł: Zimne ognie
Autor: Simon Beckett
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 352
Ocena: 2/6



Gdyby Bóg chciał, żeby kobiety były szczupłe, nie stworzyłby czekolady.







Twórczość Simona Becketta poznałam dzięki jego świetnemu początkowi z doktorem Davidem Hunterem pt. Chemia śmierci. Od tamtego lubię wracać do twórczości autora, więc dlatego postanowiłam kupić na wyprzedaży książkę w wersji kieszonkowej o tytule Zimne ognie i zabrać się za nią niedługo po zakupieniu.

Kate to spełniona zawodowo londyńska singielka. Jest jednak bardzo samotna – niedawno rozstała się z partnerem, a jej jedynymi przyjaciółmi są Lucy i jej mąż. Marzy też o dziecku. Wkrótce poznaje przystojnego mężczyznę, z którym jest jej coraz lepiej. Gdy zachodzi w ciążę i pragnie wyznać mu tę nowinę, on nagle znika bez śladu…
                                                                    opis Wydawcy

Zaczęłam czytać Zimne ognie licząc na naprawdę dobry kawałek literatury... W końcu już czytałam serię z dr. Hunterem w roli głównej, a okazało się, że przed Chemią śmierci autor napisał jeszcze jedną książkę. Zimne ognie właśnie... niby trzymający w napięciu thriller psychologiczny... Im głębiej brnęłam w literacki las tym bardziej byłam rozczarowana. Ja rozumiem klimaty silnej i niezależnej kobiety, ja rozumiem standardy współczesnego świata... Jednak to wszystko jednak nie było godne dobrej oceny... Zimne ognie są rzekomo książką na miarę twórczości Camilli Läckberg, jednak w moim odczuciu pozycji sporo brakuje do szwedzkiej królowej kryminału, która napisała sagę o Fjällbace. Fakt, książkę czytało mi się szybko i względnie przyjemnie, ale jednak nie zmienia to faktu, że jest to literatura zdecydowanie niższych lotów, raczej z kategorii tych czytadeł, które i tak nie rzucają na kolana. Pomysł na książkę nie wyróżniający się niczym szczególnym, bo w końcu ileż jest książek o matkach pragnących potomstwa... A do tego wszystkiego styl i język niezbyt wymagające, takie wręcz banalne, czyli zasadniczo nic co wyróżniałoby książkę z tłumu.
Jeżeli postanowi urodzić dziecko, mówiła sobie w duchu, to na pewno z lepszym ojcem, nawet jeśli będzie nieobecny. Może i dawcy nasienia są anonimowi, ale zamierzała dopilnować, żeby nie trafić na kolejnego Paula. Jeden taki błąd wystarczy. Tym razem będzie ostrożniejsza.
Zimne ognie to książka, która zdecydowanie nie zachwyca i nie rzuca na kolana. Ani wybitnie wciągającej fabuły, ani rwącej akcji, przesłanie też nijakie, a język, który też niczym się nie wyróżnia... Czy polecam? Zdecydowanie nie... Szkoda czasu, choć to książka na jedno popołudnie, to jednak wciąż mierna, więc nie po co sięgać.

piątek, 26 października 2018

Woda z miodem - smak dzieciństa


Osttnio złapało mnie jakieś paskudne choróbsko...
Katar, kaszel, bolące gardło, wszystko na raz...
Wtedy naszło mnie na napój będący napojem mojego dzieciństwa.
Chodzi o... wodę z miodem.
Pyszne w swej prostocie.


Składniki:
400 ml wody mineralnej (niegazowanej!)
3 łyżeczki naturalnego miodu
2 plasterki cytryny

Jak wykonać?
Po prostu wymieszać wodę z miodem i dodać cytrynę lekko ją wyciskając.
Jeżeli miós jest skrystalizowany - można wymieszać z lekko ciepłą wodą. Należy jednak pamiętać, żeby nie była cieplejsza niż 40 st. C - wtedy miód traci wszystkie swoje zdrowotne właściwości, tak samo witamina C z cytryny, co jest tak potrzebne w jesiennym okresie.



poniedziałek, 22 października 2018

"Dziewczyna ze śniegiem we włosach" Ninni Schulman


Tytuł: Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Autor: Ninni Schulman
Cykl: Magdalena Hansson
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 400
Ocena: 4/6


Chociaż mamy w domu bajzel, pomyślała, przynajmniej umiemy ze sobą rozmawiać.





Ogólnie wiadomo, że skandynawskie kryminały są dobre i warto po nie sięgnąć, dlatego właśnie bez większego zastanowienia zgarnęłam z bibliotecznej półki Dziewczynę ze śniegiem we włosach i zaczęłam ją czytać mając trochę wolnego czasu pomiędzy letnimi rozmowami o pracę. Skończyło się na wyjeździe na Mazury, który spędziłam właśnie między innymi z tą książką.
Värmland, najbardziej malowniczy zakątek Szwecji. Sylwestrowe popołudnie, Minus dwadzieścia sześć stopni. Dziennikarka Magdalena Hansson wraca po spokój do rodzinnego miasteczka… Szesnastoletnia Hedda wychodzi na zabawę sylwestrową... Nikt jej już więcej nie zobaczy… Czas mija bez żadnej wiadomości. A potem zostaje znalezione ciało nagiej dziewczyny. Czy to Hedda? Magdalena Hansson wróciła do Hagfors z adoptowanym synkiem, wyczerpana i załamana po trudnym rozwodzie. Ma nadzieję, że spokój rodzinnego miasteczka przywróci jej radość życia i poczucie bezpieczeństwa. A pisanie artykułów dla lokalnej gazety nie będzie tak stresujące jak praca w sztokholmskim dzienniku. Nie wie, jak bardzo się myli… Przypadkiem angażuje się emocjonalnie w sprawę zaginięcia Heddy. Zaczyna prowadzić samodzielne, niezależne od policji śledztwo. Narażając życie, dociera do mrocznej prawdy ukrytej za fasadą jej rodzinnego miasteczka…
                                                                            opis Wydawcy

Dziewczyna ze śniegiem we włosach to kryminał, który wzięłam z bibliotecznej półki praktycznie w ciemno, w momencie dla mnie ciężkim – szukanie pracy, mnóstwo rozmów i rozczarowań, a w międzyczasie Rodzice zgarnęli mnie ze sobą na wakacje (moje pierwsze od jakiś 2-3 lat, pierwsze z Rodzicami od jakiś... 10 lat). Muszę przyznać, że na tamten okres książka spisała się naprawdę dość dobrze... Jak dla mnie typowy szwedzki kryminał – mroźny, akcja prowadzona w umiarkowanym tempie, język niezbyt skomplikowany, jednak wszystko w specyficznym, skandynawskim klimacie. Pomysł na akcję – ciekawy, to nie da się ukryć... Jednak w pewnym momencie miałam wrażenie, że to już gdzieś było, że schemat się powtarza... Muszę przyznać, że książkę czytało mi się dość przyjemnie, lekkie, niezbyt wymagające czytadło w skandynawskim klimacie... Idealna na upalne lato. Fajnie, że poza samym wątkiem kryminalnym pojawiają się także inne – jak chociażby życie po rozwodzie i dzielenie się obowiązkami rodzicielskimi, ale na szczęście została zachowana tutaj odpowiednia równowaga...
(...) zaczęła się zastanawiać nad szczególnym zapachem, jaki prawie zawsze unosi się w domach starych ludzi. Jak gdyby samo życie przybierało nową woń, kiedy wchodzi na niższe obroty i zwalnia.

Dziewczyna ze śniegiem we włosach nie jest może arcydziełem, ale jednak książką, która zaciekawiła mnie na tyle, że kiedyś może sięgnę po inne książki Ninni Schulman, być może właśnie po kontynuację cyklu z Magdaleną Hansson w roli głównej. Czy mogę polecić? No jak pisałam – na kolana nie rzuca, ale lekki, skandynawski kryminał nie jest zły... Czasami warto się odstresować.

wtorek, 2 października 2018

"Na skraju załamania" B. A. Paris

Tytuł: Na skraju załamania
Autor: B. A. Paris
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 352
Ocena: 2.5/6



Nie wiem, dlaczego podnoszę słuchawkę. Może dlatego, że już zrozumiałam, jakie są wobec mnie oczekiwania. Chcę coś powiedzieć, zapytać go, kim jest, ale w lodowatej ciszy zamierają mi słowa na ustach i mogę tylko słuchać.




Kiedy stosunkowo niedawno zaczęłam pracę na stacji paliw, a co za tym idzie pracę na nocki – postanowiłam sobie na nockach poczytać jakąś wciągającą, aczkolwiek niezbyt wymagającą książkę. Wybór padł na kolejną pozycję autorki pt. Na skraju załamania, a że wcześniej miałam już kontakt z twórczością B. A. Paris podczas lektury Za zamkniętymi drzwiami – już mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać. Czym prędzej zgrałam książkę na czytnik i zaczęłam czytać wzbudzając pytania sporo starszego kolegi z pracy co to za magiczny sprzęt.

Wszystko zaczęło się tamtej nocy. W lesie. Cass Anderson nie zatrzymała się, by sprawdzić, czy siedząca w zaparkowanym na leśnej drodze samochodzie kobieta nie potrzebuje pomocy. Teraz nieznajoma nie żyje. Od tamtej feralnej nocy Cass nie może się pozbierać – regularnie powtarzające się głuche telefony mącą jej spokój, a ona sama czuje, że nieustannie jest obserwowana. Nawet najmniejszy dźwięk przyprawia ją o przyspieszone bicie serca i ciarki. Nękana wyrzutami sumienia zaczyna miewać kłopoty z pamięcią. Coraz częściej nie może sobie przypomnieć, czy zażyła lekarstwa, jaki kod odblokowuje alarm, gdzie zaparkowała samochód, dlaczego zamówiła dziecięcy wózek, skoro nie jest w ciąży, i czy leżący na blacie w kuchni nóż na pewno nie był pokryty krwią… Jedyne, czego nie może wyrzucić z pamięci, to twarz zamordowanej kobiety.
                                                                       opis wydawcy

Wobec książki Na skraju załamania nie miałam jakiś super wysokich oczekiwań, z góry potraktowałam ją jako lekką lekturę do czytania w pracy (w końcu praca, w której można czytać <3). Mniej więcej przez pierwsze 1/3 – połowę książki działo się stosunkowo niewiele – taki długo rozwleczony wstęp... Tak, później akcja się trochę rozkręciła, jednak nie zmienia to faktu, że dość szybko zaczęłam domyślać się do zakończenia. Zarówno jak w książce Za zamkniętymi drzwiami, tak i w pozycji Na skraju załamania – język jest niezbyt skomplikowany, Jest dostosowany raczej do średnio (lub niewiele) wymagającego czytelnika. I wcale nie jest to kontynuacja opowieści z Za zamkniętymi drzwiami, a zupełnie odrębna historia... Muszę przyznać, że główni bohaterowie – Grace i jej mąż – od początku mnie lekko irytowali, obydwoje na zmianę w różnym stopniu. W ogóle sam pomysł jest dość infantylny... Nie chcę pisać zbyt wiele, żeby nie spoilerować, ale jak dla mnie to takie dość naciągane i... infantylne. Naprawdę dobrze i fajnie, że w książce jest podjęty temat demencji i diagnozy tej choroby w stosunkowo młodym wieku (30-40 lat), ale jednak w tym wszystkim temat jest...  trochę zbagatelizowany, przedstawiony w sposób trochę infantylny – jakby żartobliwy, jakby nie do końca poważny (przynajmniej w moim odczuciu). Pomysł na książkę sam w sobie nie jest zły, ale jak już wspominałam, język nieskomplikowany, wręcz prosty, a jest wykonanie również średnie.

Na skraju załamania to książka, która w moim odczuciu wypada dość średnio.... Pomysł na fabułę może i ciekawy, ale jednak zupełnie niewykorzystany. Główna bohaterka momentami mnie irytowała, zakończenia zaczęłam się domyślać dość szybko, tak więc nie ma czym się zachwycać. Jako niezobowiązujące i niezbyt wymagające czytadło – jest dość przeciętne, ale zdecydowanie nie jest do książka ambitna czy po prostu dobra. Moim zdaniem lepiej poświęcić czas na jakąś lepszą książkę.

wtorek, 25 września 2018

"Ósmy cud świata" Magdalena WItkiewicz

Tytuł: Ósmy cud świata
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Filia
Czyta: Filip Kosior, Anna Moskal
Czas: 6 godz. 37 min.
Ocena: 4/6



Zdecydowanie nie jesteśmy stworzeni do życia w samotności. Dobrze czasem spędzić trochę czasu sam na sam ze sobą, ale z pewnością nie całe życie.





Twórczość Magdaleny Witkiewicz poznałam już dzięki książce pt. Opowieść niewiernej, którą czytałam już jakiś czas temu... Jednak przyszedł dzień, w którym koleżanka poleciła mi jej kolejne książki, więc postanowiłam spróbować. Tym razem wybór padł na audiobooka pt. Ósmy cud świata w interpretacji Filipa Kosiora oraz Anny Moskal, jako lekkie oderwanie się po letniej sesji egzaminacyjnej.

Kilka romantycznych chwil, przeżytych w czasie urlopu w Azji, budzi w Annie, trzydziestokilkuletniej singielce, dawno uśpione uczucia. Kobieta podejmuje decyzję, która na zawsze może zaważyć na życiu kilku osób. Jednak szczęście, będące pozornie w zasięgu jej ręki, rozsypuje się nagle niczym domek z kart. „Ósmy cud świata” to opowieść o tym, że czasami trzeba zbłądzić w ciemnym lesie, by wreszcie znaleźć się na rozświetlonej polanie. A pierwszy promień słońca można niekiedy znaleźć ukryty w niepozornej, maleńkiej kopercie, zamkniętej w morskiej muszli przywiezionej z wakacji.
                                                                  opis Wydawcy

Ósmy cud świata to książka, po którą sięgnęłam mając ochotę na jakaś bardziej kobiecą literaturę w okresie nauki do egzaminów. Początkowo myślałam, że to będzie typowo babska lektura, bez większych wynurzeń, bez większej ilości refleksji, takie po prostu niewymagające czytadło. W końcu trzeba się jakoś odstresować... Odpaliłam audiobooka na telefonie i zaczęłam słuchać wszędzie gdzie się dało – w drodze na uczelnię, robiąc zakupy czy po prostu podczas robienia takich podstawowych czynności jak sprzątanie. Początkowo książka była taka, jak sobie wyobrażałam – lekkie, babskie czytadło, jednak im głębiej lektury, tym bardziej lubiłam tę pozycję i coraz bardziej się wciągnęłam w tę lekturę. Ach... Po prostu rozpłynęłam się.... Pięknie opisane podróże i jeszcze piękniej opisany Wietnam, no cudeńko... Co do fabuły i akcji – naprawdę dość nieskomplikowane, wręcz proste – poznanie swojej miłości na wycieczce za granice, później patetyczne rozstanie i marne poszukiwania siebie nawzajem po powrocie do Polski. Proste i banalne, a tak piękne na babskie czytadło. Język jakim napisana książka jest dość przystępny, nieskomplikowany, zresztą jak cała historia, która jednak jest w swojej prostocie bardzo ciepła...
Zawsze uważałam, że jeśli kogoś kochasz, powinnaś zrobić wszystko, by on się o tym dowiedział. Powinnaś zrobić wszystko co możliwe, jeżeli chcesz spędzić z nim kolejne chwile swojego życia.

Ósmy cud świata to lekka książka, która powoduje, że aż się robi ciepło na sercu... Jest oparta na schematach, ale jednocześnie dająca nadzieję, rozgrzewającą, ciepłą... Zachęca do podróży, napawa nadzieją (zwłaszcza na znalezienie miłości). Zdecydowanie nie jest to literatura wysokich lotów, po prostu taka lekkie, ciepłe, babskie czytadło na poprawę humoru i w tej kategorii ją polecam. No i muszę przyznać, że z przyjemnością jeszcze kiedyś sięgnę po kolejne książki Magdaleny Witkiewicz.
Mój tata zawsze mówił, że gdy człowiek ma jakiś problem, powinien pojechać w daleką podróż. Najlepiej sam. Popłynąć daleko, polecieć wysoko. Gdy jest się z dala od domu, od codzienności, można złapać większy dystans do świata. Problemy z takiej perspektywy są mniej widoczne.


piątek, 27 lipca 2018

"Kredziarz" C.J. Tudor

Tytuł: Kredziarz
Autor: C.J. Tudor
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 384
Ocena: 5,5/6



Kimże bowiem jesteśmy, jeśli nie sumą doświadczeń, które zbieramy przez całe życie? Bez nich stajemy się tylko mięsem, szkieletem i krwiobiegiem.







Kredziarz jest debiutancką książką brytyjskiej autorki C.J.Tudor, której recenzje już od jakiegoś czasu krążą po blogosferze. Któregoś dnia spacerując pomiędzy księgarnianymi półkami zobaczyłam akurat promocję na tę pozycję, a zaintrygowana opiniami o niej – postanowiłam kupić ją i krótko później zaczęłam ją czytać spędzając z nią weekend w Krakowie. 

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu. Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.
                                                                                    opis z okładki

Kredziarz to książka, która jak na debiut zdobyła spory rozgłos i została reklamowana jako podobna do prozy Kinga. Był wokół niej dość spory rozgłos i to fakt, że jest dość mocno widoczne podobieństwo do twórczości autora Zielonej mili. Akcja tej pozycji rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych i to naprzemiennie – w roku 1986 i trzydzieści lat później – z racji tego, że ja takie posunięcie bardzo lubię to jest to dla mnie niekwestionowana zaleta. Pomysł na fabułę książki także zdecydowanie mi przypadł do gustu... To trzeba przyznać, że autorka wpadła na naprawdę ciekawy pomysł i wykorzystał go rzeczywiście dobrze, zwłaszcza jak na debiutantkę. Język i styl dopasowane do pozycji, niezbyt skomplikowany, ale przyjemny w odbiorze, co było jednym z czynników, które sprawiły, że Kredziarza czytało się naprawdę przyjemnie i dość szybko. Polubiłam bohaterów, których psychologiczne portrety były ciekawie rozrysowane, postacie, które zmieniały się z czasem i jako czytelnicy jesteśmy świadkami ich metamorfoz, a do tego pomysł, o którym już wspominałam, W erze thrillerów psychologicznych, których zalew aktualnie obserwujemy – Kredziarz wybija się na ich tle jako pozycja ciekawa i zajmująca, jako książka z interesującym i dobrze wykorzystanym pomysłem, a do tego niezwykle wciągająca.
Bycie dobrym człowiekiem nie polega na śpiewaniu hymnów czy modleniu się do jakiegoś mitycznego bóstwa. Nie chodzi o noszenie krzyżyka i chodzenie co niedziela do kościoła, ale o to, jak traktujesz innych ludzi. Dobry człowiek nie potrzebuje religii, bo wystarczy mu przekonanie, że postępuje właściwie.
Czy mogę polecić Kredziarza? Zdecydowanie tak. Ciekawa książka – takie ambitniejsze czytadło, z którym spędziłam czas naprawdę miło i kryminał czy thriller psychologiczny (jak zwał tak zwał), na który zdecydowanie warto zwrócić uwagę. Warto sięgnąć – gwarantuję ciekawą zabawę i mile spędzony czas, a sama książka może przyprawić o dreszcze.

Istagram: @asiahadzik

środa, 18 lipca 2018

"Niebo na własność" Luke Allnutt


Tytuł: Niebo na własność
Autor: Luke Allnutt
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Ocena: 2/6




Czasami doświadczamy miłości w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak łatwo mogą kogoś rozczulić.




Nieważnie ile lat ma osoba, u której zdiagnozowano nowotwór – zawsze jest to tragedia. Jeszcze większym dramatem jest to, gdy jest on stwierdzony u 3-letniego dziecka, który jest tym jedynym wymarzonym, a tym bardziej po kilku wcześniejszych poronieniach. O tym właśnie mniej więcej jest pozycja pt. Niebo na własność autorstwa Luke'a Allnutt'a.
Jack jest oczkiem w głowie rodziców, źródłem ich szczęścia i rodzinnej harmonii. Gdy ma trzy lata, zaczyna zachowywać się niepokojąco. Pojawiają się problemy z utrzymaniem równowagi i mówieniem. Nieśmiałe podejrzenia zmieniają się wkrótce w diagnozę – Jack ma złośliwy nowotwór mózgu. Rozpoczyna się dramatyczna walka o życie dziecka. Zdesperowani i wyczerpani rodzice powoli oddalają się od siebie i kłócą, zamiast wspierać. Wyjątkowa powieść o uczuciach wystawionych na próbę. Poruszający obraz tego, jak bolesne doświadczenia najpierw doprowadzają do rozpaczy, a potem dają nadzieję, by ponownie zrzucić w otchłań cierpienia. Jednak nawet w najbardziej zdruzgotanym sercu może odrodzić się nadzieja.
                                                                opis wydawcy


Zaczęłam czytać Niebo na własność z dość dużym entuzjazmem. Miały być choroby, które mnie - jako dziecko lekarskie marzące o medycynie - interesują dość mocno i wiem o nich dość sporo. Miało być dużo emocji, które interesowałyby mnie jaki przyszłego niedoszłego (z nadzieją na przyszłego) psychologa. Opis wydawcy obiecuje w książce o dużych emocjach... Jednak z czasem zaczęłam się coraz bardziej rozczarowywać. Pierwsze co, to rzuciły mi się oczy nieścisłości, typu – Jack ma trzy lata, a jego koleżanka, która ma 1,5 roku więcej, ma lat sześć. No z tego co mi wiadomo to jakby nie liczyć – nie wychodzi to sześć. Czy 3-letni Jack chodzący do szkoły i mający w niej zajęcia z matematyki i wychowania fizycznego. Generalnie mnóstwo błędów w tego typu - jak bym to ujęła liczbowo-wiekowych sprawach. Książka napisana lekko, to fakt. Tak samo, jak to, że czyta się szybko i przyjemnie. No i podejmuje ciężki temat nowotworu u dzieci. Tak to jest trudne. Ale sama jestem świadkiem 3-latków na choroby przewlekłe, na które nikt nie umiera – cukrzyca typu 1 czy reumatoidalne zapalenie stawów (tak, takie maluszki też na to chorują – nie jestem ewenementem, że miałam zapalenie stawów w wieku 20 lat), ale jakoś o tym nikt nie pisze... Fajnie, że ciężki i trudny temat jest podjęty, ale w moim odczuciu w celu nie do końca wiadomym... Książka nie wzbudziła we mnie morza łez, ale fakt to fakt, że w swoim życiu płakałam przy dwóch książkach jako około 11-latka przy Małej księżniczce i kilka lat starsza przy Na koniec świata Marcina Ludwickiego. Temat ważny i podejmuje wiele aspektów – chorobę dziecka, relację rodziców, nałogi z tym związane czy rozstanie rodziców, ale moim zdaniem autor lub korektor czy edytor nie zwrócił uwagi na niby takie małe drobne rzeczy. No i jeszcze jak dla mnie autor nie do końca wykorzystał temat i możłiwości książki mieszając się w swoich własnych pomysłach...
Staliśmy tak przez chwilę, niczym czwororęki olbrzym wsłuchując się w odgłos policyjnych syren w oddali, szum ruchu ulicznego, miejski gwar; dźwięki, na które zwraca się uwagę dopiero wtedy, gdy zamilkną.

Niebo na własność Luke'a Allnutt'a to książka dość specyficzna – podejmuje waży temat choroby dziecka, ale jednak mam wrażenie, że autor nie postarał się zbyt bardzo. Jak dla mnie emocji nie było zbyt wiele, a do tego błędy polegające na podstawowych obliczeniach. Co z tego, że pojawił się temat raka – gwiaździaka u dziecka, skoro nie było szału co do stylu, przesłania czy dawki emocji? Czy polecam? Hmm.... Ciężka decyzja... Na pewno warto przeczytać, żeby się dowiedzieć, czym jest ta choroba czy jak mogą odczuwać to rodzice, ale jednak moim zdaniem (jako niedoszłego psychologa) jest nie do końca adekwatne - w sensie pokazanie emocji rodzicó. Generalnie na kolana nie rzuca...
... to już nie był nasz dom. Tamte pokoje przestały istnieć, jakoby dorośli ze swoimi sekretami zakazali do nich wstępu. Siedziałem więc na dole w tym starym, martwym domu, z zimnym wiatrem owiewającym mi kark. Odkąd oboje odeszli, wszystko splamione było ciszą.

niedziela, 15 lipca 2018

Wakacyjne stosiki;) (#2/2018)

Sesja zdana, wypłata przyszła, więc postanowiłam poszaleć z książkami;)
Były zakupy w ukochanym Dedalusie, no i spore zamówienie z Arosa...
A, że dostałam ostatnio cudowne kredki Kooh-i-Noora - to i zakupiłam kolorowanki



Siostry
Moja siostra mieszka na kominku
Mózg psychopaty
Papugi z placu d'Arezzo
Tatuażysta z Auschwitz
Nora
powypłatowe zakupy z Aros

Strach
kupione w Dedalusie

Niebo na własność
egzemplarz recenzencki



nowe kolorowanki

kolorowankowe zakupy z Dedalusa i Arosa



Gdzie jest Mia
Hipotermia
Zabójcy bażantów
zakupy w Dedalusie

Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Kiedy jedzenie wymaga odwagi
z biblioteki


Znacie coś z tego?
Co lubicie?

niedziela, 8 lipca 2018

Metal po śląsku, muzyka klezmerska i trochę rocka, czyli dużo zamieszania ;) (HOM #2/2018)



Ostatnio w moich głośnikach i słuchawkach istny miks wszystkiego... Generalnie ostatnio mam czas wielu zmian, odpoczynku po bardzo ciężkim roku, odkrywania nowych umiejętności marzeń i pragnień... A i też czas odkrywania nowych zespołów i kawałków...


Nazywali go marynarz
Artur Andrus

Jednym z odkryć jest zdecydowanie twórczość Artura Andrusa, a najbardziej wpadła mi w ucho pewna piosenka o marynarzu... i mogłabym słuchać wciąż i wciąż...


Wspinaczka (historia pewnej rewolucji)
Lady Pank 

Lady Pank znam już od dawna, ale ta piosenka jest... cudowna <3

A prowadziły nas Nadzieja, Wiara, Złość
bo tam na dole Zła naprawdę było dość
i warto było iść, do góry wciąż się piąć
by sobą wreszcie być, by przestać karki giąć


Joker and the thief
Wolfmother 


Do I Wanna Know?
Arctic Monkeys 

To były dwie typowo z sesyjnych piosenek, które dość szczególnie dość często leciały, kiedy nad kawą wraz z kolegą uczyliśmy się na fascynujący przedmiot pt. Psychologia emocji i motywacji... Była kawa, ciasto jogurtowe z rabarbarem, świeczka zapachowa z Ikei i pewna playlista przeplatana filmikami z badań psychologicznych...


Hoży i świeży
Hańba 

Zespół Hańba! to zdecydwane odkrycie ostatnich tygodni... Po raz pierwszy usłyszałam ich podczas koncertu nad Wisłą podczas krakowskich Wianków, później słuchałam prawie całą drogę powrotną do domu. I przepadłam <3 A w międzyczasiwe dowiedziałam się jeszcze, że ga tam brat jednego z mojego znajomego



Fojerman
Oberschlesien

Król Olch
Oberschlesien

Któregoś dnia jadę sobie kulturalnie pociągiem, jak zawsze z książką i słuchawkami w uszach... Nagle w ramach przypadkowej playlisty słyszę jakiś fajny rytmiczny, metalowy wstęp do pioseki... Później słyszę jakiś nietypowy język... Po chwili się skaplnęłam, że toć to gwara śląska... I tak natrafiłam na zespół Oberschlesien, którego nazwa jest niemiecką nazwą Górnego Śląska, a wszystko śpiewają właśnie w gwarze. Już kilka razy pisałam, że nigdy nie mówiłam gwarą, ale jest to część mojej historii i rodziny i jest niezwykle bliska mojemu sercu. No i kolejny zespół, w którym się zakochałam <3

Co znacie?
Co z tych utworów wpadło Wam w ucho?
Co Wam jest bliskie?

sobota, 30 czerwca 2018

"Nieodnaleziona" Remigiusz Mróz

Tytuł: Nieodnaleziona
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Filia
Czyta: Agnieszka Dygant
Czas: 10 godz. 9 min.
Ocena: 2/6



Najwięcej łez wylewamy nie nad grobami tych, których najlepiej poznaliśmy, ale tych, którzy sprawili, że mogliśmy lepiej poznać samych siebie. Tych, którzy pokazali nam, kim naprawdę jesteśmy.





Oficjalnie stwierdzam, że nie nadążam za Remigiuszem Mrozem – wydaje tyle książek, że już naprawdę nie nadążam za nowymi pozycjami wydawanymi przez niego. Ale jednak mimo wszystko staram się być jakoś względnie na bieżąco, tak więc wybór padł na Nieodnalezioną w formie audiobooka w interpretacji Agnieszki Dygant.

Pierwszy polski thriller psychologiczny na miarę największych światowych bestsellerów! Gdybym oświadczył jej się chwilę wcześniej, nigdy by do tego nie doszło. Nie napadnięto by nas, ja nie trafiłbym do szpitala, a ona nie zniknęłaby na zawsze z mojego życia. Dziesięć lat po zaginięciu narzeczonej, Damian Werner jest pewien, że nigdy więcej jej nie zobaczy. Pewnego dnia trafia jednak niespodziewanie na ślad ukochanej – ktoś zamieszcza jej zdjęcie na jednym z profili spotted, szukając dziewczyny. Werner jest gotów przyjąć, że to przypadkowe podobieństwo, spotter wgrywa jednak drugie zdjęcie. Zdjęcie, które zrobił jej sam Werner na kilka dni przed zaginięciem – i którego nikomu od tamtej pory nie pokazał. Kto szuka dziewczyny? I czy to naprawdę ona pojawiła się po dziesięciu latach? Damian znał swoją narzeczoną od dziecka, spędzali ze sobą każdą chwilę. Szukając odpowiedzi na kolejne pytania, odkrywa jednak, że nie wiedział o niej wszystkiego...
                                                                      opis wydawcy

Nieodnaleziona to thriller psychologiczny, którego akcja się dzieje głównie w Opolu – rodzinnym mieście autora i w moich rodzinnych okolicach i okrzyknięty pierwszym polskim thrillerem psychologicznym. Zaczęłam jej słuchać, jednocześnie oczami wyobraźni podążałam opolskimi uliczkami, ale jednak cały czas ciekawa tej pozycji. Natomiast kończąc lekturę byłam... zmieszana, niepewna, z mieszanymi uczuciami... Bo spędziłam z nią czas dość przyjemnie, ale jednak niedosyt i niesmak pozostał... Bohaterowie – niezbyt dopracowani, niewykończeni, a pomysł na fabułę dość fajny i ciekawy, ale zdecydowanie niezbyt dobrze wykorzystany... Styl typowy dla Mroza – lekki, niewymagający, dość przyjemny w odbiorze, przez co książkę czyta się szybko i przyjemnie, ale jednocześnie sprawia, że jest to największy (i często jedyny) atut książki. Pomysł na zaginięcie, przemoc domową i pomoc portali internetowych jako pomoc w poszukiwaniach – jak najbardziej. Ale szkoda, bo koncepcja była naprawdę fajna, ale autor tego nie wykorzystał... Z czasem generalnie utwierdzam się w przekonaniu, że autor idzie na ilość, a nie na jakość, co jest po prostu przykre...
Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że wierzymy w to, w co chcemy wierzyć. Ignorujemy fakty, które stoją z tym w sprzeczności. I uwydatniamy te, które potwierdzają nasze założenia.
Czy polecam Nieodnalezioną? W moim odczuciu jest to książka dość przeciętna i zupełnie nie rzucająca na kolana. Zakończenie do przewidzenia, a główny bohater to istna ciamajda... Fajnie, że pojawił się temat przemocy domowej, fajnie, że pojawił się thriller psychologicznym na polskim rynku, ale jednak to wszystko jest... jakby niedokończone, niedopracowane... Jako lekkie czytadło – jest w miarę ok, ale jeżeli szukasz porządnego kryminału czy thrillera psychologicznego – tutaj tego nie znajdziesz...

piątek, 22 czerwca 2018

"Sprawa podmienionego zdjęcia" Erle Stanley Gardner





Tytuł: Sprawa podmienionego zdjęcia
Autor: Erle Stanley Gardner
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 224
Ocena: 3/6









Erle Stanley Gardner jest amerykańskim pisarzem, który zadebiutował w latach '20 ubiegłego stulecia, krótkimi opowieściami detektywistycznymi. Z racji tego, że żył do 1970  i był bardzo płodnym pisarzem - wydał naprawdę mnóstwo książek, z czego w ponad osiemdziesięciu głównym bohaterem jest adwokat Perry Mason. Mając kilka książek tego autora na półce, więc w końcu postanowiłam się zabrać za jego twórczość i wybór padł na Sprawę podmienionego zdjęcia ze wspomnianym już prawnikiem w roli głównej. 

Perry Mason spotyka państwa Newberry na wakacyjnym rejsie. Ona i jej mąż to nowobogaccy, którym zależy jedynie na tym, by wprowadzić córkę w odpowiednie kręgi towarzyskie. Pani Newberry podejrzewa, że mąż zdefraudował świeżo zdobyte pieniądze i zwraca się o pomoc do Masona. Kiedy jednak mąż ginie, wypadając za burtę, a przy burcie stoi żona, trzymając w ręku jego pas wypchany pieniędzmi, nawet Mason zaczyna wątpić w jej niewinność. 
                                              opis z okładki
Sprawę podmienionego zdjęcia kupiłam kiedyś w Krakowie, kiedy podczas zjazdu skończyłam wszystkie książki, które przy sobie miałam, więc wybrałam się do składu taniej książki na zakupy. Opis z okładki mnie zaintrygował, na tyle, że skusił do zakupu no i krótko później zabrałam się za lekturę... Pomysł na fabułę od początku wydawał mi się dość ciekawy, no i muszę przyznać, że się nie przeliczyłam – okazał się naprawdę interesujący, ale w moim odczuciu nie do końca wykorzystany. Była intryga, dość ekscytujący pomysł, ale bohaterowie... Hm... Jak dla mnie trochę mdli i sztampowi, a sama książka – zupełnie nie wiem na ile zapadanie mi w pamięci, bo po prostu nie rzuciła na kolana ani nie zachwyciła...

Sprawa podmienionego zdjęcia to pierwsza książka autorstwa Gardnera, z jaką miałam kontakt, ale (jak już pisałam wcześniej) wcale mnie nie zachwyciła i okazała się dość... przeciętna... Mam jeszcze kilka książek tego autora, więc pewnie jeszcze sięgnę po następne, ale już z dużo większą dozą ostrożności i sceptycyzmu. Pomysł fajny, ale nie do końca wykorzystany, niedopracowani bohaterowie, język nie wybijający się... Czy polecam? Książka jest w moim odczuciu dość przeciętna, więc czas lepiej poświęcić na jakąś lepszą pozycję.  

piątek, 15 czerwca 2018

Kompot z rabarbaru i truskawek


Rabarbar to smak mojego dzieciństwa. Rósł u nas na działce i Mama robiła z niego ciasto i kompot - obydwie rzeczy uwielbiałam. Teraz mieszkając we Wrocławiu i mając mnóstwo warzywniaków wokół siebie - kupiłam sobie rabarbar i truskawki i postanowiłam zrobić soboe kompot sama. 


Składniki:
4-5 pokażdych łodyg rabarbaru
ok. 20 dużych, słodkich truskawek
4-5 łyżki cukru
ok. 2.5 litra wody

Jak zrobić?
1.Rabarbar umyć, zdjąć skórkę i pokroić na małe kawałki.
2.Truskawki umyć i odszypułkować. 
3.Wrzucić wszystkie składniki do garmka i gotować na małym gazie przez około 1 godzinę.
4.Owoce można zjeść lub wyrzucić
5.Podawać schłodzony

Cukru na początku warto dać mniej i dopiero później dosłodzić według własnych preferencji (i słodkości truskawek). 


czwartek, 7 czerwca 2018

"Pogromca lwów" Camilla Läckberg


Tytuł: Pogromca lwów
Autor: Camilla Läckberg
Cykl: Saga o Fjällbace
Tom: dziewiąty
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 448
Ocena: 3.5/6



Nie wolno być słabym ani ulegać namiętnościom. Trzeba umieć kontrolować i czekać na właściwy moment.



Od początku, kiedy sięgnęłam po twórczość Camillii Läckberg od razu ją polubiłam. Kiedy się okazało, że tam gdzie byłam, czyli we Wrocławiu na stancji mam tylko tom dziesiąty tom, a skończyłam na piątym na Niemieckim bękarcie postanowiłam jednak zaryzykować i zobaczyć sobie jak poradzę sobie z czytaniem nie po kolei.... Więc właśnie zabrałam się za tom dziewiąty sagi o Fjällbace zatytułowany Pogromca lwów.
Styczeń, Fjällbacka w okowach mrozu. Z lasu wybiega na drogę półnaga dziewczyna. Nadjeżdżający nagle samochód nie jest w stanie zahamować ani jej wyminąć. Patrik Hedström otrzymuje powiadomienie o wypadku, gdy już wiadomo, że potrącona dziewczyna to Victoria, która cztery miesiące temu zaginęła, wracając do domu ze szkółki jeździeckiej. Okazuje się, że padła ofiarą okrutnych zabiegów, co gorsza, nie tylko ona. W tym samym czasie Erika Falck bada sprawę sprzed lat, rodzinną tragedię, która skończyła się śmiercią ojca rodziny. Odwiedza w więzieniu jego żonę, skazaną za morderstwo, ale nie może się od niej dowiedzieć, co się wtedy tak naprawdę wydarzyło. Erika czuje, że coś się nie zgadza, że kobieta coś ukrywa. Wydaje się również, że przeszłość kładzie się cieniem na teraźniejszości…
                                                        opis wydawcy

Pogromcę lwów zabrałam ze sobą w dość długą podróż (z Wrocławia do Lublina z przesiadką w Krakowie, czyli dobre kilka godzin w autobusach w jedną stronę) i zupełnie tego nie żałuję... Czytałam książkę z zapartym tchem, umilała mi podróż, wiedziałam, że się nie zawiodę, bo wcześniejsze części sprawiły, że bawiłam się naprawdę dobrze. Lubię lekkość pióra Camillii Läckberg, lubię sposób, w jaki wiąże wątek kryminalny z obyczajowym... Z racji tego, że między Niemieckim bękartem a Pogromcą lwów jest cztery tomy to miałam lekki problem z nadążeniem z wątkiem obyczajowym (np. życie prywatne Patrika i Ericki), ale wystarczyła mniej więcej 1/3 książki, żeby się połapać co z czym połączyć i wrócić na odpowiednie tory... Jednak wątek kryminalny – po raz kolejny jesteśmy świadkami prowadzenia fabuły na dwóch płaszczyznach czasowych, co wyjątkowo bardzo lubię, zwłaszcza z wykonaniu Läckberg. Pogromca lwów to kolejna książka z sagi o Fjällbace, jaką miałam okazję czytać i w moim odczuciu jak dotąd najsłabsza. Jasne – było lekkie pióro, była dwutorowość, ale jednak moim zdaniem pomysł nie do końca wykorzystany, a i zabrakło trochę intrygi... Miło mi się ją czytało w podróży, ale jednak, ewidentnie było to czytadło, a nie dobry kryminał. Generalnie Pogromca lwów jest taką średnią książką – dość przyjemna w odbiorze, z lekkim piórem, ale zabrakło dopracowanego pomysłu, zabrakło intrygi. W podróż jest jak najbardziej w porządku, ale odnoszę wrażenie, że Läckberg trochę się opuściła...
Wiedziała, że matka jej nie kocha. Wiedziała to, odkąd tylko sięgała pamięcią, i chyba nawet nie odczuwała braku miłości. Czy można odczuwać brak czegoś, czego się nie zna?

Czy polecam Pogromcę lwów? Może jak kontynuację serii czy jako lekką książkę do podróży – jak najbardziej, ale jednak super ambitnego kryminału z dużą dawką intrygi i zagadek tutaj nie znajdziecie. Jak już wspominałam odnoszę wrażenie, ze jak dotychczas jest to najsłabszy tom serii... Ja osobiście chętnie sięgnę po następne części, chociażby po to, żeby przekonać się jak wypadają pozostałe czy poznać inne historie z Fjällbaki...