niedziela, 24 lipca 2016

"Death Bringer" Adrianna Biełowiec





Tytuł: Death Bringer
Autor: Adrianna Biełowiec
Cykl: Zodiac Universum
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Eperons-Ostrogi
Ilość stron: 384
Ocena: 3.5/6







Po książki z rodzaju science fiction sięgam niezmiernie rzadko, głównie wtedy, gdy ktoś poleci mi jakąś konkretną książkę... W końcu postanowiłam sama sobie coś wybrać i padło na powieść pt. Death Bringer autorstwa Adrianny Biełowiec.
Po eksterminacji globalnego rządu i rozbiciu jego armii, władzę na Ziemi przejmują Kiritianie. Pod naporem zarażonego superwirusem, zmilitaryzowanego narodu szybko padają kolonie Drogi Mlecznej i Andromedy. Nikt nie jest w stanie obalić Nieśmiertelnych, kierowanych od stuleci przez Forkisa, Pierwszego Dygnitarza Galaktycznego. Kiritianom przeciwstawia się jedynie posiadająca nielegalną flotę opozycja z wolnych planet. Wychowana w nienawiści do Nieśmiertelnych podporucznik Anna Sandstorm poprzysięga zdobyć głowę Forkisa, chcąc powetować sobie krzywdę, jaką uzurpator uczynił jej w dzieciństwie. Okazja ku temu zdarza się podczas nadchodzącej potyczki, a później na dzikiej planecie Aj. Śladem Kiritian podąża także człekojaguar Q’ualel, który, dysponując wskazówkami prastarej rasy Nimja i potężną bronią biologiczną, ma szansę zmienić układ sił w kosmosie.
Death Bringer to pierwszy tom z planowanej trylogii Zodiac Universum. Zaczęłam ją czytać nie do końca wiedząc czego się spodziewać... Początkowo bardzo polubiłam główną bohaterkę – Annę, ale z czasem, z biegiem akcji coraz mniej ją darzyłam sympatią. Bohaterowie są najróżniejsi, mniej i bardziej sympatyczni. Sam świat wykreowany przez Adriannę Biełowiec jest dość ciekawy, pomysł na fabułę także, choć moim zdaniem mógłby być trochę bardziej trochę bardziej dopracowany. Akcja Death Bringera toczy się dość umiarkowanym tempem, ale jednak były momenty, które minimalnie mnie wynudziły podczas lektury. Ale tylko czasami. Język, jakim jest napisana książka jest dość przeciętny, niewyróżniający się... Nie zmienia to faktu, że czytało mi się ją dość dobrze, zwłaszcza jak na książkę należącą do rodzaju, z którym niezbyt przepadam.

Podsumowując Death Bringera jest to książka dość ciekawa i niezła, zwłaszcza, że jest to debiut autorki. Zwłaszcza, że Adrianna Biełowiec podejmuje ważne i interesujące tematy, takie jak zemsta, nieśmiertelność czy rasizm... Czy polecam? Nie należy do literatury wysokich lotów, ale jest to dość przyjemna i niezbyt wymagająca książka. 

piątek, 22 lipca 2016

Śródwakacyjne odkrycia muzyczne (HOM #3/2016)



Wakacje w pełni <3
W końcu trochę wolnego, słońca, wycieczek...
Więcej czasu na książki <3
Czyż to nie cudowne?




Do stracenia
Normalsi

Zdecydowanym odkryciem jest zespół o nazwie Normalsi...
Zakochałam się w nim <3

Gdy do własnych dotrę granic
Kogo spotkam, z kim pogadam,
Komu będę nocną porą
Bajki do snu opowiadał?




Jeden z nas
Studio Accantus

Co prawda to piosenka z Króla lwa, ale to wykonanie jest genialne <3
Zdecydowanie głos Jarka Kozielskiego <3




Bohema
Wilki

Zespół Wilki kojarzyłam tylko z utworu Baśka, ale kiedy na dniach mojego miasta pojawił się ten zespół postanowiłam się wybrać razem z koleżankami. Okazało się, że jednak kojarzę więcej piosenek, które zaczęły krążyć w mojej głowie... Szczególnie Bohema...

Płyną noce, przemijają dnie 
Niewiele pamiętam 
Upadam byle gdzie 
Boisz się, więc będzie tak 
Słabe życie, słaba śmierć 
Wszystko w twoich rękach 




Błogosławieni miłosierni
oficjalna piosenka ŚDM Kraków 2016
(na które jadę!!)
Już w poniedziałek!




Cheerleader
Pentatonix
Jakoś tak ostatnio wróciłam trochę do Pentatonix i jakoś wyjątkowo wkręciła mi się ta piosenka;)



Tamta dziewczyna
Sylwia Grzeszczak
Ostatnio usłyszałam tę piosenkę w radiu i jakoś nie może mi wyjść z głowy, choć na co dzień nie słucha takiej muzyki;)




Moc
Maleo Reggae Rockers
To już zdecydowanie bardziej moje klimaty

Panie!
Daj mi moc, daj mi moc!
Tylko Ty możesz sprawić we mnie to
Daj mi moc, daj mi głos...


Spring Waltz
Fryderyk Chopin
Jako wisienka na torcie;)


Kojarzycie któreś z tych piosenek?
Ktoś a podobny gust do mojego?;)

wtorek, 19 lipca 2016

"Chciwość" Marta Guzowska

Tytuł: Chciwość
Autor: Marta Guzowska
Wydawnictwo: Burda Książki
Ilość stron: 350
Ocena: 4/6



Chcę powiedzieć, że to pewne jak amen w pacierzu, ale ostatnim razem odmawiałam pacierz, jak byłam w podstawówce, i nie jestem pewna, czy coś mi się nie popieprzyło.






Archeologią nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałam, nigdy nie marzyłam o zostaniu archeologiem ani nikim w tym stylu... Muszę jednak przyznać, że opis na okładce najnowszej książki Marty Guzowskiej pt. Chciwość bardzo mnie zaintrygował, więc postanowiłam sięgnąć po tę pozycję.

Gdy kieruje tobą żądza, jesteś zdolny do najgorszego.
Simona Brenner to świetna archeolożka, znawczyni starożytnych kultur i ceniona specjalistka w swoim fachu. Pracuje na największych wykopaliskach na całym świecie. Ma też oryginalne hobby, kradzieże dzieł sztuki. W tym też jest świetna i podobnie ceniona. Różnica tylko taka, że kto inny ceni ją za pierwszy fach, a kto inny za ten drugi. No i ci drudzy zazwyczaj lepiej płacą.
Pewnego dnia dostaje zlecenie kradzieży legendarnego złotego diademu pochodzącego ze skarbu Priama. Przyjmuje to zlecenie bez wahania. Honorarium jest warte ryzyka. Opracowuje inteligentny plan i wprowadza go w życie. Jak się okazuje nie ona jedna dostała to zlecenie.
Czy można okraść złodzieja? Ile można poświęcić, gdy kieruje tobą żądza zysku? Czy warto ufać innym?

Marta Guzowska
Chciwość to thriller archeologiczny, za który zabrałam się z dużym entuzjazmem. Autorka sama jest z zawodu archeologiem, co przekłada się na jej wiedzę oraz oddanie klimatu wykopalisk archeologicznych, a to właśnie one są miejscem części akcji. Bardzo dobrze przemyślane. Pomysł na fabułę jest dość ciekawy, to muszę przyznać, aczkolwiek był moment, w którym trochę się na niej zawiodłam, ale nie jest to miejsce na spojlery. Akcja toczy się dość wartko oraz równomiernie, bez większych zrywów czy spowolnień. Język w książce jest niezbyt skomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Choć autorka stąpa po pewnym zawodowym, archeologicznym gruncie to nie operuje ona jakimś trudnym do przyswojenia dla czytelnika językiem, zawodowym żargonem... A postacie.. Główna bohaterka – Simona zdecydowanie da się lubić. Momentami bardzo temperamentna, czasami ej go brakowało... Ale generalnie dość ciekawa postać. Za to jakiś wyjątkowo w tej książce irytowały mnie postacie męskie... Mdli, zbyt miękcy, zbyt mało męscy, zupełnie bez charakteru... Generalnie jednak Chciwość czytało mi się szybko i przyjemnie, a odpowiedni klimat upałów na wykopaliskach akurat wpasował się w nasze, polskie upały.


Chciwość to dość ciekawa książka, którą zdecydowanie mogę polecić miłośnikom archeologii oraz lekkich, niezobowiązujących thrillerów, które mają odprężyć, zrelaksować, bez skłaniania do jakiś głębszych przemyśleń czy wynurzeń. Takie bardziej czytadło - niezbyt skomplikowane i niezbyt ambitne - umilające czas w aucie czy autobusie, a siedmiogodzinna podróż pociągiem dzięki tej książce nie była taka straszna.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Burda Książki.

sobota, 16 lipca 2016

"Zwiadowcy. Księga 10. Cesarz Nihon-Ja" John Flanagan

Tytuł: Zwiadowcy. Księga 10. Cesarz Nihon-Ja
Autor: John Flanagan
Cykl: Zwiadowcy
Tom: dziesiąty
Wydawnictwo: Jaguar
Ocena: 3.5/6



Czyż nie lepiej spokojnie znosić przeciwności losu, niż skargami na nie utrudniać życie sobie oraz innym?







Choć nie mam już nastu lat to co jakiś czas z wielką chęcią sięgam po kolejne tomy Zwiadowców, aż w końcu dotarłam do dziesiątej, jednej z ostatnich części tego cyklu. Jak spisał się Cesarz Nihon-Ja? Jak spędziłam czas z tą książką?
Horace przepadł bez śladu. Od czasu, gdy został wysłany z misją na ziemie cesarza Nihon-Ja, minęły już miesiące. Brak jakichkolwiek wiadomości martwi nie tylko Evanlyn. Również Will i Allys obawiają się najgorszego. Przyjaciele postanawiają opuścić Araluen i wyruszyć na egzotyczną wyprawę, by odkryć, jaki los stał się udziałem Horacego. Ku wielkiemu zdumieniu, odkrywają, że Horace zaangażował się w politykę Cesarstwa. Arogancki Senji Sect wystąpił przeciwko prawowitemu władcy i rycerz zdecydował się pozostać w dalekim kraju, by wspomóc obalonego cesarza. Teraz on i Will muszą wyszkolić ludzi do walki z zawodowymi, zaprawionymi w boju żołnierzami Senji’ego. Odpowiedzialność za losy kraju spoczywa również na barkach Allys i Evanlyn – we dwie wyruszają w niebezpieczną podróż, by szukać sprzymierzeńców wśród tajemniczych mieszkańców gór.

Za Cesarza Nihon-Ja zabrałam się z dość sporą radością, ale jednocześnie nie do końca wiedziałam, czego oczekiwać po tej książce, bo poszczególne tomy podobały mi się w różnym stopniu... Początkowo jakoś trudno było mi wejść w świat Zwiadowców na nowo. Przypuszczalnie dlatego, że od przeczytania poprzedniej części o podtytule Halt w niebezpieczeństwie minęło już dość sporo czasu... W ogóle jakoś do połowy, może trochę dłużej, jakoś trudno mi się czytało... Dopiero wtedy jakoś się wkręciłam, znowu weszłam w świat, akcja się rozkręciła, lektura sprawiała mi o wiele więcej radości i przyjemności. Jak w większości książek z tej serii – właściwa akcja rozkręca się mniej więcej w połowie albo nawet w 2/3 pozycji. Jeszcze większą sympatię niż wcześniej wzbudziły postacie kobiecie - Allys oraz Evanlyn. Język, jakim operuje John Flanagan – jest dla niego charakterystyczny, a w zasadzie dla Zwiadowców... Niezbyt skomplikowany, aczkolwiek niezbyt prostacki ani nie jest nieliteracki – idealny dla nastoletnich czytelników. Ponadto sam pomysł na cesarstwo Nihon-Ja jest dość ciekawy...
Bez ryzyka nie mamy szans na zwycięstwo. Rzecz w tym, by podejmować takie ryzyko, które się opłaci.


Czy polecam Cesarza Nihon-Ja? Nie jest to część, która spodobała mi się najbardziej, nie będzie należała do moich ulubionych, wręcz raczej do tych bardziej średnich. Nie zmienia to jednak mojej sympatii do tej serii, myślę, że chłopcy w wieku mniej więcej 10-15 lat mogą być nią wybitnie zachwyceni!

czwartek, 14 lipca 2016

Hadzine dyskusje: dlaczego piszę pamiętnik? warto?



Pamiętnik zaczęłam pisać mając jakieś 11-12 lat i od tamtego czasu z pewnymi przerwami  piszę go do dziś, choć stosunkowo niedawno obchodziłam 23 urodziny. Od tej 4-5 klasy podstawówki zdążyłam już zapisać kilka zeszytów, zmieniło się moje pismo, moje podejście do życia, moje spostrzeżenia. Dziś chciałabym się z Wami podzielić tym, dlaczego to robię, choć od początków tego procederu minęło już kilka - kilkanaście lat,


1. Osobisty terapeuta
W momentach kiedy jest mi źle albo zastanawiam się nad swoim życiem siadam z zeszytem i wiem, że mogę mogę wyrzucić na papier wszystko co siedzi w mojej głowie. W końcu papier przyjmie wszystko. Dzięki wylewaniu swoich uczuć i emocji na papier wszystko jakoś łatwiej jest mi wszystko przemyśleć, przeanalizować...




2. Analiza swoich błędów/wydarzeń z przeszłości
Pewne sytuacje się powtarzają albo przynajmniej są w jakimś sensie do siebie podobne, choć nie zawsze... Czasami zdarzają się zwykłe wątpliwości, więc kiedy one się zdarzają sięgam po zeszyty z ostatnich miesięcy i wertuję... Czytam i analizuję. Wtedy stare pamiętniki są jak znalazł... Pomagają mi w tym jak w danych chwilach się czułam, co wtedy się działo, co wtedy myślałam... Dzięki zajrzeniu do swoich dawnych zeszytów mogę zobaczyć wyraźniej z perspektywy czasu co zrobiłam źle, co poszło nie tak... Dzięki tym przemyśleniom jakoś mi łatwiej NIE powtarzać pewnych błędów.




3. Papier przyjmie wszystko
No właśnie.. Papier przyjmie wszystko. Zanim wyrzuci się wszystko drugiemu człowiekowi, warto to najpierw przerobić na spokojnie. Papier przyjmie wszystko... Kiedy w pewien sposób "wykrzyczę" wszystko zeszytowi, wyrzucę wszystkie największe brudy to wtedy jakoś łatwiej jest mi rozmawiać z innymi ludźmi. Poza tym te pierwsze "zarzuty" są zupełnie emocjonalne i po wyrzuceni ich w zeszyt często sobie to uświadamiam... Że mogą być zbyt raniące, albo po prostu zbyt egoistyczne i subiektywne. Więc zamiast bezpodstawnie wyżywać się na innych osobach, lepiej jak poświęcę kilka chwil na wylanie swoich wszelakich emocji na papier...  W końcu zeszytowi mogę "wykrzyczeć" wszystko...

4. Uspokojenie się
Między innymi przez punkty, o których wspominałam powyżej mogę się uspokoić, ostudzić swoje emocje. Nawet jeżeli szargają mną różne, czasami nawet sprzeczne rzeczy. to jednak po napisaniu kilku słów, zdań w zeszycie automatycznie się uspokajam...

5. Umiejętność wyrażania swoich myśli i uczuć
Ostatnia i zdecydowanie najważniejsza rzecz jakiej się nauczyłam to umiejętność nazywania tego, co we mnie siedzi, moich uczuć, emocji, myśli... Zasiadając do zeszytu, czystych kartek musiałam nauczyć nazywać się tego co we mnie siedzi... Moich małych humorków, nastrojów i emocji... To trzeba umieć nazwać, a wiem, że wiele osób ma z tym problem... Ja się nauczyłam dzięki pamiętnikowi.


To moje odczucia dotyczące pamiętnika, choć wiem, że to temat nie do końca książkowy, ale może ktoś ma podobnie?
Ktoś z Was pisze?
Co o tym sądzicie?
Jak odnosicie się do moich przemyśleń?

poniedziałek, 11 lipca 2016

"Córki niczyje" Wilkie Collins

Tytuł: Córki niczyje
Autor: Wilkie Collins
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Ilość stron: 768
Ocena: 4.5/6




Gdzie by nie spojrzeć, nieuchronne prawo demaskacji jest jednym z praw natury - bowiem niezniszczalność tajemnicy to cud, jakiego świat jeszcze nie widział.





Po kryminały sięgam często i z wielką chęcią, a kiedy miałam okazję i możliwość przeczytania książki, która jest początkiem powieści sensacyjnych. Chodzi to o Córki niczyje autorstwa Wilkie Collins, który jest znany w Polsce dzięki książkom takim jak Kobieta w bieli czy Nawiedzony hotel.

Córki niczyje opowiadają historię z połowy XIX wieku, historię dwóch sióstr Magdalen oraz Nory Vanstone... Dziewczyny mają zupełnie różne osobowości i charaktery... Wiodą one sielskie życie opływające mlekiem i miodem w domu swoich rodziców... Pewnego dnia, w krótkim odstępie czasu, umierają państwo Vanstone i wtedy właśnie dziewczęta dowiadują się, że są dziećmi nieślubnymi, dziećmi bez nazwiska, dziećmi niczyimi... Przez to wydarzenie nie dostaną pokaźnego majątku po rodzicach... Jak to się stało, ze okazało się nieślubnymi dziećmi, skoro całe życie mieszkały razem z nimi? Jak sobie poradzą z przeciwnościami losu jakie je spotkały po tych tragicznych wydarzeniach? Jak się podniosą? Jak sobie poradzą jako tytułowe córki niczyje?

Córki niczyje to pokaźne tomiszcze liczące niewiele poniżej 800 stron, za którą zabrałam się z dość sporym entuzjazmem, jako do początków mojego ulubionego gatunku. Zabrałam się za nią i po krótkim czasie zderzyłam się z rzeczywistością tej książki – dziewiętnastowiecznej powieści... Widocznie za bardzo przyzwyczaiłam się do kryminałów pisanych współcześnie, więc dlatego tak opornie szlo mi wdrażanie się w klimat tej pozycji. Od samego początku szczególnie polubiłam młodszą z sióstr – Magdalen... Moje serce zdobyła swoją przebojowością, swoistym poczuciem humoru, wielką radością życia, energią i wewnętrzną siłą. Pomysł na fabułę jest dość ciekawy i przyznam szczerze, że nieraz mnie zaskoczył. Czasami irytowały mnie ciut zbyt długie opisy. Było to do przeżycia, aczkolwiek momentami mnie to wynudziło... Język jakim jest napisana książka jest zrozumiały dla czytelnika, na dość wysokim poziomie, a jednocześnie charakterystyczny dla powieści z tego okresu.


Podsumowując Córki niczyje to dość ciekawa i dobra książka, zupełnie różna od współczesnych kryminałów, w zupełnie innym klimacie. Ale czy polecam? Zdecydowanie warto sięgnąć, zwłaszcza miłośnikom powieści z dreszczykiem, żeby poznać początki tego gatunku. Będzie zagadka, będzie uśmiech, będzie mile spędzony czas.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

piątek, 8 lipca 2016

A miałam mieć szlaban na nowe książki... Czyli kolejny stosik;) (#7/2016)

Po Targach książki w Warszawie obiecałam sobie, że nie będę kupować książek....
W końcu wtedy przywiozłam ich sporo...
Jednak długo nie wytrzymałam ;)
A tu kilka książek z Arosa, a tu kilka recenzenckich i się nazbierało;)
Czas na stosiki;)


Sprzedane
Niebo zmienia wszystko
Prowincja pełna marzeń
wypożyczone z biblioteki

Opiekun
już nawet nie pamiętam gdzie kupiłam, ale chyba za 3 zł;)

Chciwość
Niewidzialne granice
Królowie Dary 
Córki niczyje
egzemplarze recenzenckie

Przepisy na miłość i zbrodnię
Death Bringer
ebooki - egzemplarze recenzenckie



PS Kocham Cię
Wartość człowieka
Dolina tęczy
Nic zwyczajnego
Czochrałem antarktycznego słonia
Zakupy na Arosie

Jak Wam się podobają stosiki?
Co z nich czytaliście?
Na co mielibyście ochotę?



wtorek, 5 lipca 2016

"Motylek" Katarzyna Puzyńska



Tytuł: Motylek
Autor: Katarzyna Puzyńska
Cykl: Lipowo
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Czyta: Laura Breszka
Długość: 17 godz. 38 min.
Ocena: 5.5/6






Lubię kryminały, często sięgam po te polskich autorów, ale jednak dotychczas nie miałam okazji sięgnąć po książki Katarzyny Puzyńskiej... Dopiero teraz, dzięki poleceniom innych blogerów postanowiłam się zabrać z jej pozycje, więc wybór padł na Motylka - początek sagi o Lipowie.

Lipowo, mała wioseczka położona nad jednym z mazurskich jezior. Jeden sklep, kościół z grubym, starym proboszczem, prowincjonalny, malutki posterunek policji, a wszystko w czasie bardzo tęgiej zimy. To wtedy w tym urokliwym miejscu dochodzi do morderstwa zakonnicy, a krótko później żony miejscowego bogacza. Dwa zabójstwa w krótkim czasie, w małej miejscowości to naprawdę podejrzane... Co łączy dwie ofiary? Czy policjanci z małego posterunku poradzą sobie z tą sprawą? Czy w miejscowości, w której wszyscy o sobie wszystko sobie wiedzą morderca może być niezauważony?

Ściągnęłam Motylka w wersji audiobooka czytanego przez Laurę Breszkę, włączyłam na komputer, kiedy coś na nim robiłam... Minęło kilko rozdziałów i zupełnie w niej przepadłam... Autorka świetnie skonstruowała, przedstawiła ten świat, środowisko małej wioski, w której wszyscy się znają. Bardzo łatwo było się wejść w ten klimat, wczuć się w niego, przeniknąć do świata bohaterów. No i tutaj kolejny pozytyw – wręcz genialnie wykreowane postacie. Jest ich cały wachlarz - czarne charaktery, silne osobowości, wzbudzające sympatię, gniew, nienawiść, całe mnóstwo emocji. Szczególnie polubiłam Klementynę "Niemile- widzianą" Kopp, którą można kochać albo nienawidzić oraz rudowłosą panią psycholog Weronikę Nowakowską – naprawdę ciekawe, kobiece postaci. Męskich też jest cała plejada - jak chociażby szef posterunku Daniel Podgórski mieszkający z mamusią w jednym domu, ojciec piątki dzieci Paweł Kamiński tłukący żonę czy wąsaty Janusz Rosół... Pomysł na fabułę jest naprawdę ciekawy, a ponadto bardzo dobrze i konsekwentnie zrealizowany. Wątek kryminalny jest interesujący, z bardzo dobrze budowanym napięciem, z intrygą na wysokim poziome, a ponadto w równowadze z wątkiem obyczajowym. Bardzo podoba się połączenie tych wszystkich elementów


Podsumowując Motylka – jestem zauroczona tą pozycją, a także twórczością Katarzyny Puzyńskiej, która zadebiutowała tą właśnie książką. Dawno nie czytałam tak dobrego kryminału! Naprawdę bardzo dobrze połączony kryminał z wątkiem obyczajowym! Zdecydowanie warto po nią sięgnąć!

sobota, 2 lipca 2016

"Krew i stal" Jacek Łukawski

Tytuł: Krew i stal
Autor: Jacek Łukawski
Cykl: Kraina martwej ziemi
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 384
Ocena: 5/6

To jest honor! Stal, nasza i wasza, żywot. Pomyśl, ilu więcej zginie, ilu przegra, jeśli nie będą twardą skałą. A nie są, i wiesz o tym dobrze. Pomyśl – szepnął czart – co honor twój bardziej nadszarpnie: bajanie i straszna opowieść czy śmierć setek lub tysięcy niepewnych, gdy nadejdzie potrzeba.



Po literaturę fantastyczną sięgam z dużą przyjemnością, z prawie tak dużą jak po kryminały. W blogosferze czytałam wiele pozytywnych opinii na temat debiutu Jacka Łukawskiego pt. Krew i stal, więc postanowiłam zabrać się właśnie za nią jako lekturę na początek wakacji, zaintrygowana tytułem, opisem i opiniami...

Akcja książki dzieje się na granicy królestwa Wondettel, gdzie w wyniku klątwy powstaje miejsce przeklęte – Martwa Ziemia... To tam w dziwnych i tajemniczych okolicznościach giną ludzie, a w pewnym momencie oddział żołnierzy ma się przedostać na drugą stronę Martwej Ziemi, żeby w okolicach Smoczych Gór odnaleźć czarodziejskie artefaktów... Oddziałem żołnierzy dowodzi doświadczony wojskowy Dartor... Co takiego się stanie? Czy znajdą artefakty? Jakie przygody ich spotkają?
- [...] nie każdy stary miecz musi być czarodziejski, tak jak nie w każdej pieczarze smok ma przykutą księżniczkę, która czeka tylko, byście ją uwolnili.

- A po cóż uwalniać? Smoka ubić i cieszyć się tym, że dziewka nie ucieka.

Krew i stal to pierwszy tom cyklu o nazwie Kraina martwej ziemi, a jednocześnie bardzo mocny debiut Jacka Łukawskiego. Wiele podstępów, walk, scen batalistycznych, a fabuła opiera się na podróży bohaterów... Akcja toczy się w umiarkowanym tempie, a bohaterowie są wykreowani w sposób dość równomierny, ale jednocześnie są bardzo ciekawi... Tak samo jak cały świat stworzony przez autora – pełen różnych stworów i tajemniczych artefaktów oraz istot. Pozycję czytało im się dość przyjemnie, ale musiałabym przyzwyczaić się do archaizmów używanych przez autora, ale uważam, że jest to bardzo dobre zagranie, naprawdę dobrze to wpłynęło na mój odbiór książki. Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się ten klimat, cały ten świat i pomysł na książkę.

Czy polecam Krew i stal? Zdecydowanie tak, bo jest to naprawdę dość mocny i ciekawy debiut, choć momentami wyczuwałam podobieństwo do Zwiadowców Flanagana, choć już bardziej dla starszych czytelników. To był zdecydowanie miły czas!