piątek, 31 stycznia 2014

"Wołanie Kukułki" Robert Galbraith (J.K Rowling)

Tytuł: Wołanie Kukułki
Autor: Robert Galbraith (J.K Rowling)
Cykl: Cormoran Strike
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Czyta: Maciej Stuhr
Czas trwania: 16 godz. 18 min.
Ocena: 4.5/6

Jakże łatwo wykorzystać czyjeś skłonności do autodestrukcji, jak łatwo strącić kogoś takiego w niebyt, a potem się odsunąć, wzruszyć ramionami i przyznać, że to nieuchronny skutek chaotycznego, tragicznego życia.



Czy zawsze jak przyczyną zgonu jest upadek z duże wysokości oznacza to samobójstwo? Zwłaszcza u znanych ludzi? Dlaczego panują takie stereotypy? Między innymi o tym jest najnowsza książka J.K Rowling, którą napisała pod pseudonimem  Robert Galbraith, a zwie się ona Wołanie kukułki.

Cormoran Strike to prywatny detektyw, który stracił kawałek nogi w Afganistanie i chodzi z protezą, interes z agencją detektywistyczną mu nie idzie, a w dodatku ostatnio trochę się zapuścił rozstał się z dziewczyną, u której mieszkał, więc automatycznie stał się bezdomny. W tym momencie jego życia z Biura Tymczasowych Rozwiązań (do kiepsko prosperującej agencji) dostaje sekretarkę, która początkowo wydaje mu się zbędna, a do tego przychodzi do niego John Bristow - adopcyjny brat jego zmarłego w dzieciństwie kumpla w wielkim problemem. Jest nim to, że mężczyzna nie potrafi uwierzyć w samobójczą śmierć swojej adopcyjnej siostry i supermodelki - Luli Landry. Prosi on więc o pomoc prywatnego detektywa, który ma za zadanie powtórne zbadanie sprawy (bo policja już to zrobiła) i odnalezienie nieznalezionych dowodów. Czy to naprawdę było samobójstwo? Czy piękna, młoda dziewczyna miała powody do skoczenia z balkonu? Czy może ktoś ją wypchnął? Co tam tak naprawdę się stało?

O Wołaniu kukułki po raz pierwszy usłyszałam na grudniowych Wrocławskich Targach Dobrej Książki, zaintrygował mnie opis i rozmowy przy stoisku wydawnictwa, dopiero później zauważyłam, że  Robert Galbraith to pseudonim literacki Rowling, ale... o tym już wszyscy wiedzą, nawet znajdziemy o tym wzmiankę na okładce, więc rodzi się moje pytanie – po co pseudonim? Słyszałam nawet, że póki nie wyszło na jaw, że Robert Galbraith to Rowling, książka było daleko, daleko na szarych końcach list bestsellerów, dopiero po ujawnieniu (wypłynięciu?) tej informacji zaczęła się piąć w górę. No dobra, przejdźmy dalej. Zobaczyłam, że książka została wydana także w formie audiobooka czytanego przez Macieja Stuhra i to właśnie tę wersję sięgnęłam. Uważam, że sam pomysł na historię jest dość ciekawy, choć mało odkrywczy i zaskakujący. Na motyw dochodzenia czy śmierć była samobójstwem czy nie już dwukrotnie spotkałam się podczas moich literackich przygód z twórczością Joe Alexa (Cichym ścigałam go lotem oraz Jesteś tylko diabłem), więc jak widać pani Rowling niejako powieliła pewien schemat. Nie zmienia to faktu, że historia przypadła mi do gustu, choć po niezbyt zachwycającym Trafnym wyborze nie spodziewałam się zbyt wiele. Muszę przyznać, że spodobał mi się sposób w jaki autorka wykreowała głównego bohatera - Cormorana Strike'a oraz jego relacje z „tymczasową” - Robin. Duet ciekawy, choć – to chyba oczywiste – nie tak intrygujący, zgrany i ciekawy jak np. Holmes i Watson. Historia naprawdę ciekawa, pokazuje te ciemne strony bycia celebrytą, często niełatwe życie najróżniejszych osób przewijających się w książce, osobiste tragedie wielu z nich. Naprawdę ciekawe postacie, które szokują i zaskakują, zresztą tak samo jak sakończenie. Ale teraz przejdźmy do języka. Generalnie jest w miarę dobrze, sprawnie, niezbyt skomplikowany, ale... po co tyle przekleństw? Czy każda książka z etykietką „dla dorosłych” musi być suto ubogacona wulgaryzmami lub/i przepełniona do szpiku kości seksem? Dlaczego? To jest literatura i sztuka – nie może obyć się bez tego, skoro w codzienności mamy tego tak wiele? Tak jakby na siłę pokazać, że tam gdzie przekleństwa, tam świat dorosłych.

Tak generalnie rzecz ujmując to Wołanie kukułki to dość dobry i ciekawy kryminał, choć nie tak dobry, żeby porównywać go z twórczością Agaty Christie (tak, słyszałam takie określenie). Za to wśród książek Rowling to coś zupełnie innego niżseria o Harry'm Potterze czy Trafny wybór. Jest to także dowód na to, że autorka lubi tworzyć cykle, bo Wołanie kukułki to pierwszy tom zapowiadanego całego cyklu o Strike'u. Ciekawe ile tych części będzie? Może siedem?;) Ale generalnie kryminał jakich dzisiaj wiele, niezbyt wyróżniający się i wyrastający ponad cały ogrom tworzonych dziś na siłę średnich kryminałów. Można przeczytać dla relaksu, jako średnio trzymające w napięciu czytadło, a nie jako ambitną literaturę. 

Maciej Stuhr i Wołanie Kukułki ;)

wtorek, 28 stycznia 2014

"Śmierć mówi w moim imieniu" Joe Alex

Tytuł: Śmierć mówi w moim imieniu
Autor: Joe Alex
Wydawnictwo: Elipsa
Ilość stron: 208
Ocena: 4/6


Czytałam tę sztukę…(…) i myślę, że nie ma w niej niczego dziwacznego. Mówi ona po prostu, że życie ludzkie jest nonsensem, że do niczego nie prowadzi, niczemu nie służy, że nikt nikogo nie zapamięta i nikt niczego nigdy nikomu nie wyjaśni.





Śmierć przemówi w moim imieniu... Czy to możliwe, żeby śmierć przemówiła do kogoś w czyimś imieniu? Jeżeli tak to w imieniu kogo? Maciej Słomczyński pod pseudonimem Joe Alex udowodnił, że jest to możliwe. A jak? Okaże się podczas lektury;)

Joe Alex to nie tylko pseudonim literacki polskiego twórcy świetnych kryminałów, ale także główny bohater w książkach owego autora. Tym razem wybrał się do teatru na sztukę pt. Krzesła Ionesco, a za towarzyszy miał swoją przyjaciółkę Karolinę Beacon oraz przyjaciela – policjanta ze Scotland Yardu, mianowicie Bena Parkera. Po ogromie kulturalnych doznać jaką zafundował spektakl, kiedy wszyscy aktorzy mają wyjść na scenę i się ukłonić publiczności, widzowie zauważają, że nie ma tam wszystkich odtwórców swoich roli, brakuje głównej postaci – Vincy'ego. Okazuje się, że leży on martwy w swojej garderobie, a został on zamordowany przy użyciu  charakterystycznego sztyletu z napisem: miałeś przyjaciela. Parker z Alexem biorą się za rozwiązanie łamigłówki, jaką jest owa śmierć. Kto zabił znanego aktora? Jaki ten ktoś miałby motyw? Jak dostał się do aktorskiej garderoby? To ktoś z pracowników teatru czy ktoś z zewnątrz? Jak nasz główny bohater poradzi sobie z tą zagadką?

Śmierć mówi w moim imieniu to moje kolejne z rzędu spotkanie z twórczością Joe Alexa, którą pokochałam za wysoki poziom językowy, za specyficzny klimat kryminałów w starym stylu pokroju Aghaty Christie, tyle że w bardziej polskich warunkach. Pióro doprawdy lekkie, przyjemne i wciąż zachwyca czytelnika, mimo że pozycja powstała w latach 70- poprzedniego stulecia, jako kontynuacja przygód Joe Alexa z książki zatytułowanej Powiem wam jak zginął. Autor umiejętnie prowadzi intrygę, dawkuje napięcie lawirując pomiędzy niewielką ilością informacji jaką uzyskali bohaterowie, co jest niezwykle ciekawym doświadczenie. Nie znajdziemy tu brutalnych, krwawych czy obrzydzających opisów, ale za to zagadka jest tak skonstruowana, że nie można o niej przestać myśleć, a książkę czyta się jednym tchem i wciąga tak, że czyta się ją za kolokwialnym jednym przysiadem. Jednak jej koniec pozostawia pewien niesmak, bo po takiej dawce wspaniałości chce się większej ilości wątków, dłuższego przebywania z twórczością autora, dłuższego główkowania z głównym bohaterem. Muszę przyznać, że momentami brakowało jakiegoś większego powiewu świeżości czy większego poruszenia. Momentami odnoszę wrażenie, że autora jednak byłoby stać na więcej. Szkoda, ze Słomczyński już nie żyje i nie stworzy już nic nowego i nie odkryje większej ilości kart dotyczących swojego głównego bohatera. To na pewno nie będzie moje ostatnie spotkanie z twórczością autora!

Reasumując, Śmierć mówi w moim imieniu to pozycja dobra, lekka i przyjemna w odbiorze, którą można polecić nawet komuś kto na co dzień nie przepada za kryminałami, taka książka na jeden niezbyt długi wieczór, która pozwoli się jednocześnie odprężyć i trochę pogłówkować. I choć dobra, to można by się po niej spodziewać ciut więcej.

sobota, 25 stycznia 2014

"Morderstwo pod cenzurą" Marcin Wroński

Tytuł: Morderstwo pod cenzurą
Autor: Marcin Wroński
Cykl: Komisarz Maciejewski
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: WAB
Ilość stron: 290
Ocena: 2.5/6


I zapamiętaj pan, dobry policjant wygląda, jakby nie wyglądał, albo wygląda jak bandyta. Tudzież jak alfons. Jak policjant wygląda na kogoś, uważasz pan, innego, to albo polegnie na służbie, albo jest zwykła świnia. Na takiego trzeba uważać.



Kilka z kryminałów wydawanie przez Politykę każdego lata, stoi dumnie na moim regale pokazując niemal identyczne, nieprzekłuwające zbytnio uwagi okładki. Jednym z tych książek jest Morderstwo pod cenzurą autorstwa Marcina Wrońskiego.

Już na początku akcji przenosimy się do lat 30 poprzedniego stulecia, do Lublina, który jest ogarnięty przygotowaniami do patriotycznego święta - rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tymczasem natrafiamy na pierwszego trupa – a mianowicie redaktora prawicowej, upolitycznionej gazety. Tu do akcji wkracza komisarz znany z pociągu do alkoholu, a mianowicie Zygmunt „Zyga” Maciejewski, który próbuje rozwikłać zagadkę owej tajemniczej śmierci. Czy przydzielona mu pomoc – komisarz Tomaszczyk – do czegoś się przyda? Odkryje kto jest zabójcą? Czy drugi, znaleziony później trup to „dzieło” tego samego mordercy?

Do Morderstwa pod cenzurą podeszłam bez specjalnego entuzjazmu czy większych oczekiwań, ale jednak muszę stwierdzić, że nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie. Taki, ot kryminał średniej klasy. Czy to za sprawą tego, że akcja książki dzieje się w Lublinie, w którym nigdy nie byłam, a co za tym idzie topografia miasta jest mi zupełnie obca? Nie mam pojęcia. Sam pomysł na książkę, przynajmniej moim zdaniem, nie wyróżnia się niczym specjalnym, konstrukcja fabuły jakich wiele. Dwa trupy w pewnym odstępie czasu i jakże dziwnym zbiegiem okoliczności są ze sobą powiązane (ironio, cóż za zaskoczenie!), a śledztwo prowadzi komisarz i jego wkurzający pomagier, którzy notabene zostali wykreowani w moim odczuciu niezbyt ciekawie, wręcz mdło i nieprzyjemnie od ciągłych ordynarnych opisów przepoconych koszul. Ale przynajmniej w dobry, rzetelny i ciekawy sposób zostały różne podziały polityczne panujące w tamtych czasach. Muszę jednak przyznać, że książka nie zachwyca, a na to wpływ miały wcześniej wymienione czynniki, a także niezbyt skomplikowana intryga czy słabe napięcie, a do tego zakończenie takie... dziwne i niepasujące. Do tego jeszcze dodany niewyszukany i niezbyt ciekawy język, tak mało literacki, że momentami, aż oczy bolą. No cóż... Czytałam wiele recenzji zachwalających twórczość pana Wrońskiego, jednak ona mi zdecydowanie nie podeszła do gustu. Moim zdaniem jest to lektura dla czytelników niewymagających i niewybrednych, którzy nie mają żadnych oczekiwań względem książek albo po prostu nie wiedzą co to dobry kryminał. Książka taka naprawdę nader przeciętna, niezapadająca w pamięć. Totalną porażką nie mogę też nazwać, ale jednak moim zdaniem na wyższą ocenę też nie zasługuję, bo jest naprawdę mierna, dość przewidywalna, napisana jakby bez pomysłu i trochę na siłę, dlatego szczerze wątpię czy sięgnę po inne pozycje autora, który stworzył cały cykl o komisarzu Maciejewskim.




sobota, 18 stycznia 2014

"Nawiedzony Dom" Joanna Chmielewska

Tytuł: Nawiedzony Dom
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Klin
Ocena: 5/6



– Odsuń te nogi! – wrzasnęła zirytowana, zziajana i zasapana Janeczka. – Wszędzie masz nogi, chyba z tysiąc! Gdzie ja mam wleźć?!






O twórczości Joanny Chmielewskiej słyszałam już wieki temu, a samej autorki chyba nie trzeba przedstawiać nikomu – w końcu słyszał chyba o niej każdy, zwłaszcza o jej niedawnej śmierci. Aż wstyd przyznać, że dopiero teraz (mając prawie 21 lat) zebrałam się do zapoznania się z jej książkami. I postanowiłam zacząć od cyklu dla młodzież, a co się będę postarzać;)

W Nawiedzonym domu spotykamy rodzeństwo – Pawełka i Janeczkę Chabrowiczów – którzy właśnie wraz z rodziną przeprowadzili się do wielkiego domu, który dostali w spadku, po pewnym, dalekim krewnym. W okolicach posesji natrafiają na bezpańskiego psa, którego postanawiają przygarnąć i nazwać Chabrem, a jest to pies nadzwyczaj inteligentny i informuje swoich właścicieli o dziwnych, obcych ludziach kręcących się wokół domu. Do tego dochodzi niesympatyczna i zupełnie nieprzyjazna sąsiadka zwana Zmorą. Czy ów dom  jest rzeczywiście nawiedzony? Jaką tajemnicę kryje? Kim są owi obcy ludzie? Jakie przygody spotkają Pawełka i Janeczkę? 

Nawiedzony dom to moje pierwsze spotkanie z twórczością Joanny Chmielewskiej i muszę przyznać, że jestem z niego zadowolona. Niezaprzeczalnie książka ma swój urok, jest zabawna, miejscami intrygująca, ciekawa, lekka o młodzieżowo – kryminalnym zabarwieniu;) Urzekła swoją lekkością i humorem, sympatią i pomysłowością głównych bohaterów, ich niecnymi, bystrymi planami, energia i zapałem, inteligencją i wiernością psa…  Pamiętam jak byłam młodsza i jeszcze mieszkałam w blokach to marzył się taki stary, zakurzony owiany tajemnicą strych z mnóstwem skarbów, staroci, pamiątek po przeszłych pokoleniach – dokładnie taki jak opisany w tej książce. Chociaż w taki sposób marzenie z dzieciństwa się spełniło;) Nawiedzony dom to książka, zdecydowanie skierowana do młodszych czytelników, ale mnie również starszym przypadnie do gustu , z powodu lekkości, humoru i sympatycznego nastroju w jaki wprawia, choć momentami może wydać się absurdalna;) Napisana lekkim i przyjemnym językiem, a sama książka (a nawet myślenie o niej) wprawia wręcz w błogi stan odprężenia wywołując uśmiech na twarzy, a nawet powodując różne wspomnienia z dzieciństwa, co sprawia, że książka ta jest idealna na jakąkolwiek chandrę czy zły humor;) To moja pierwsza książka Chmielewskiej i na pewno nie ostatnia;)

czwartek, 9 stycznia 2014

Pierwsze stosisko w nowym roku;) (#1/2014)

Na początek stosik księciowy;)


Karaluchy
Trzeci klucz
Pentagram
jedna z nich bez okazji, 
a pozostałe bodajże na Mikołaja lub miesięcznicę;)
(nie pamiętam a dedykacji brak;)

Śmierć mówi w moim imieniu 
Pociąg upiorów
Instynkt śmierci
bez okazji

W otchłani mroku
Doktor sen
prezenty na miesięcznicę;)

Fabrykantka aniołków
Wołanie grobu
Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa
prezenty świąteczne;)



Stosik książek pozostałych;)


Szukając Noel
Taniec w ruinach
z wymiany na LC

Syrenka
zakup na Wrocławskich Targach Dobrych Książek

Egzemplarze recenzenckie od Sztukatera

Egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Czarnego

Egzemplarz recenzencki od Publicat

Rok z Ewą Chodakowską
prezent świąteczny od brata

Smaczna Polska
prezent świąteczny od rodziców


Jak tam? Widzicie coś dla siebie?
Czytaliście coś?;)

wtorek, 7 stycznia 2014

"Aleja samobójców" Marek Krajewski, Mariusz Czubaj

Tytuł: Aleja samobójców
Autor: Marek Krajewski, Mariusz Czubaj
Wydawnictwo: WAB
Ilość stron: 288
Ocena: 3.5/6



Nic w naturze nie ginie. I nie zmienia właściciela, tylko się do niego przywiązuje. Przywiązuje się zwłaszcza kac i ból.







Czy samobójstwo w domu starców jest możliwe? Czy w ogóle ma sens? Jak może ono wyglądać? O tym przeczytasz w jednej ze wspólnych książek Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja zatytułowanej Aleja samobójców.
Nigdy nie lubił psów ani dzieci. Były to stworzenia inwazyjne, naruszające jego wolność. Niecierpliwe, wściekłe, wrzeszczące lub szczekające, całkowicie od człowieka zależne, a jednocześnie potrafiące okazać bezgraniczną niewdzięczność.
W oczach wyobraźni przenieś się do upalnego Gdańska sprzed kilku lat. To tam w 2006 roku dzieje się akcja książki, a konkretnie w ekskluzywnym domu starców o jakże uroczej nazwie Eden. Zostaje tam zamordowany jeden z pensjonariuszy i to w dodatku w sposób okrutny, bezlitosny, łącznie z oskalpowaniem. Tej samej nocy znika inny z mieszkańców ośrodka, znany na całym świecie profesor antropologii. Do akcji wkracza nadkomisarz Jarosław Pater, który uwielbia poprawną do bólu polszczyznę oraz hazard. Czy uda mu się rozwiązać zagadkę? Co łączy obydwie sprawy? Kto jest mordercą i czemu profesor zniknął? Jakie osoby są w to zamieszane? I czym jest tytułowa aleja samobójców?

Marek Krajewski i Mariusz Czubaj
na  „Kortowskich Spotkamiach z Literaturą".
Twórczość Marka Krajewskiego uwielbiam, o czym już niejednokrotnie wspominałam, a dzieła Mariusza Czubaja też są mi znane i nawet dość ciekawe, choć nie tak wysokich lotów jak kryminały współtwórcy tej książki. Właśnie z powodu autorów tej pozycji postanowiłam ją zakupić, a dopiero teraz przeczytać, ale także z powodu pojawienia się Marka Krajewskiego jako jej twórcy miałam względem niej duże oczekiwania, które jednak się nie spełniły, bowiem po skończeniu lektury mam bardzo mieszane uczucia. Pomysł na fabułę dość ciekawy, to trzeba przyznać, ale wydaje mi się średnio wykorzystany... Sama akcja toczy się dość leniwie, bez większych zwrotów czy zaskoczeń. Do tego bohaterowie dość charakterystyczni, zwłaszcza nadinspektor Pater, ale jednak zupełnie niewzbudzający sympatii ani upierdliwością i wiecznym poprawianiem rozmówców czy opisami przepoconych koszulek.Do tego język momentami dość wulgarny i prostacki, a przede wszystkim dość mało literackim. Trzeba przyznać, że Aleja samobójców jest książką, która zdecydowanie różni się od tego, do czego przyzwyczaił nas Krajewski w swoich genialnych kryminałach, do wyrafinowanej akcji i takiegoż języka, ciekawiej wykreowanych bohaterów... Jest ona wyraźnie bardziej w stylu Mariusza Czubaja znanego mi z takich książek jak 21:37 oraz Kołysanka dla mordercy. Generalnie pozycja ani mnie nie zachwyciła, nie porwała ani nie powaliła. Taki, ot lekki kryminał dla niezbyt wymagających.

piątek, 3 stycznia 2014

Hadzine dyskusje: Czytanie polskich autorów;)


Wśród znajomych lub w blogosferze spotykam się ze stwierdzeniami pokroju „nie czytam polskich książek” czy „nie lubię polskich autorów”. Ale jak Wam się wydaje? Dlaczego tak jest? Co sprawia, że Polacy nie czytają rodzimych autorów?

Niektórzy mówią, że czytają zagranicznych autorów, żeby oderwać się od szarej, ponurej rzeczywistości, od świata, który tak dobrze znamy. W dodatku w kanonie lektur szkolnych pojawiają się książki Polaków, które nie zachwycają i nie zachęcają do kolejnego sięgnięcia po twórczość naszych Rodaków. Sama jestem fanką brytyjskiego Harrego Pottera, Władcy Pierścieni czy skandynawskiej Sagi o Fjällbace autorstwa Camilli Läckberg. Jednocześnie pałam wielką sympatią do rodzimego Wiedźmina, klasycznych kryminałów w starym stylu Joe Alexa, wspaniałych kryminałów Marka Krajowskiego czy poezji księdza Twardowskiego. Czy to, że książka jest napisana przez Polaka oznacza, że jest ona gorsza? Czyż nie jest tak, że to nie narodowość autora czyni książkę dobrą?

A Wy jak myślicie? Jak z Wami jest? Z chęcią czytacie po polskich autorów czy raczej ich omijacie? Czekam na Wasze zdanie;)

Tutaj warto wspomnieć o wyzwanie Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę! oraz o stronie (akcji?) Czytajmy polskich autorów;)

czwartek, 2 stycznia 2014

"Spowiedź jest spoko" Rafał Szymkowiak

Tytuł: Spowiedź jest spoko
Autor: Rafał Szymkowiak
Wydawnictwo: AA
Ilość stron: 152
Ocena: poza skalą


„Kochaj i rób, co chcesz” - napisał św. Augustyn. Już niejeden wolnomyśliciel „wycierał sobie gębę” tymi słowami. Zostało napisane „kochaj”, a więc bądź odpowiedzialny za swoje czyny i patrz do czego to prowadzi.






Jesteś wierzący i popadłeś w jakąś stagnację, a każda Twoja spowiedź wydaje Ci się podobna do poprzednich? Może chcesz to zmienić? Może dawno nie klękałeś u kratek konfesjonału i boisz się tam przyjść, brakuje Ci motywacji? Może spowiedź wydaje Ci się bezsensownym uzewnętrznianiem się z najbardziej wstydliwych sekretów? W każdym z tych przypadków Spowiedź jest spoko jest książką dla Ciebie.


Spowiedź to jeden z sakramentów w kościołach: katolickim, prawosławnym oraz anglikańskim, który polega na prywatnym lub publicznym wyznaniu swoich grzechów. Ale jak dobrze się do niej przygotować? Spowiada się kapłanowi czy Bogu? Co to daje? Co zrobić, żeby każda spowiedź nie wyglądała tak samo? Jak ona może zmienić życie? Czy to w ogóle możliwe? Czy spowiedź musi być tylko i wyłącznie w konfesjonale? Co kryje się w tych powtarzanych przy każdej spowiedzi regułkach? Właśnie te, ale także inne tematy zostały podjęte przez autora w książce Spowiedź jest spoko i do jej lektury chciałabym Cię zachęcić. Dlaczego? Zaraz się przekonasz.


Rafał Szymkowiak
Spowiedź jest spoko jest książką niedługą, ale bardzo treściwą i wartościową, która nie zawiera pompatycznych frazesów powtarzanych wciąż na katechezach przez wielu katechetów. Ta książka jest inna. Została ona napisana przez człowieka, który przemierzył mnóstwo kilometrów w podróżach autostopem, rozmawiając z ludźmi, spowiadając i rozgrzeszając ich jako kapłan, którym wtedy był (niestety odszedł z klasztoru). Znajdziesz w niej mnóstwo życiowych przykładów ludzi, których odmieniła rozmowa z księdzem, a przede wszystkim jak zmieniło się ich życie właśnie dzięki oczyszczającemu sakramentowi spowiedzi. Choć może to wyglądać jak pranie swoich brudów przed obcym człowiekiem, to jednak jest to oczyszczające spotkanie z Największym i Najmiłosierniejszym Bogiem, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Rafał Szymkowiak to człowiek wyjątkowy (nie raz miałam okazję słuchać go na żywo czy nawet z nim porozmawiać), który daje swoim życiem wspaniałe świadectwo. Pisze książkę o młodych, dla młodych i w sposób naprawdę przystępny i przekonujący, którą każdy powinien przeczytać, chociażby z tego powodu, że autor usiłuje w niej wytłumaczyć czytelnikowi, że Bóg to nie starzec z długą siwą brodą, który za każdy najmniejszy grzeszek rzuca z nieba piorunami, lecz uświadamia, że jest to Bóg będący największą możliwą Miłością, który przebaczy wszystko, jeżeli tylko ktoś do Niego przyjdzie i wyzna swoje grzechy, a konfesjonał to ożywcza studnia Bożej Miłości. Autor przekonuje na przykładach, że słowa wypowiadane przez kapłana na końcu spowiedzi: Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów niech Ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego to nie tylko puste frazesy. Wątpisz w to? To przeczytaj Spowiedź jest spoko i przekonaj się, że ów sakrament to nie tylko regułki i klęczenie na grochu! Pamiętaj! Bóg, przebaczając człowiekowi, daje mu jeszcze więcej – daje mu swoje zapewnienie: „I tak Cię miłuję, mój głuptasku...”