piątek, 30 sierpnia 2013

Kawy od Skworcu # 2



Witajcie! 
Postanowiłam powrócić z Piątkowym kącikiem czytelniczych umilaczy;)
I ten powrót rozpocząć od recenzowania produktów od Skworcu;)
Na pierwszy rzut pójdą kawy, których w paczce dostałam trzy;)


Coffee Toffee
Jako pierwszą postanowiłam spróbować Coffee Toffee.

Sposób Przechowywania: Suchy, szczelnie zamknięty pojemnik, w chłodnym miejscu.
Sposób przyrządzania: zmielić, zalać wrzątkiem. Można dodać mleka do smaku.

Jest to kawa o delikatnym smaku i aromacie, który nie przysłania smaku kawy. Potrafi uwieść i podbić serca. Daje kofeinowego kopniaka w bardzo delikatny sposób, nie wykręcając gęby kwasem czy goryczką;) Mi bardzo posmakowała, mojej mamusi zresztą też;) Jak dla mnie faworyt wśród tych kaw;)


Snikers
Jako następną postanowiłam spróbować kawę Snikers

Sposób Przechowywania: Suchy, szczelnie zamknięty pojemnik, w chłodnym miejscu.
Sposób przyrządzania: zmielić, zalać wrzątkiem. Można dodać mleka do smaku.

Ta kawa wypadła zdecydowanie gorzej na tle pozostałych, a wszystko przez zapach lekko zleżałych orzechów ziemnych, jednak da się wypić;) Przeważa w niej właśnie smak orzechów nad karmel i czekoladę. Jednak nie zmienia to faktu, że sam smak jest bardzo ciekawy, w ogóle nigdzie wcześniej nie widziałam takiego smaku kawy;) Idealne zastąpienie Snikersów w postaci batoników;) W smaku jest zdecydowanie bardziej wyrazista i lekko słodkawa.


Rumowa

Na koniec poszła kawa rumowa;)

Sposób Przechowywania: Suchy, szczelnie zamknięty pojemnik, w chłodnym miejscu.
Sposób przyrządzania: zmielić, zalać wrzątkiem. Można dodać mleka do smaku.

Również delikatna w smaku, jak Coffee Toffee, jednak sam zapach o wiele mocniejszy niż w niej;) pełna aromatu i pobudzająca. idealna dla smakoszy rumu i wszystkiego co z nim związane;)

Kawy mogłam spróbować dzięki:


Zapraszam na aromatyczne zakupy TU
oraz do polubienia strony na fb

czwartek, 29 sierpnia 2013

Ucieczka z Festung Breslau

Tytuł: Ucieczka z Festung Breslau
Autor: Andrzej Ziemiański
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 456
Ocena: 4/6

Jak Niemcowi powiesz "zakazane", to znaczy "zakazane". Jak Ruskiemu to powiesz - to samo. Spróbuj powiedzieć to Polakowi. "Zakazane" to są dla niego od razu trzy możliwości: częściowo zakazane i trzeba ściemniać, zakazane, ale nie do końca, tak jakby zakazane i niezakazane jednocześnie. I najprostsza możliwość. Zakazane? Aha, to znaczy nikt nic nie wie i rób, co chcesz.



Koniec II Wojny Światowej, oblężenie Wrocławia, znanego wtedy jeszcze jako Breslau. Do tego wywózki dzieł sztuki, tajemnicze zabójstwa oraz wielu bohaterów, w których wrogowie okazują się przyjaciółmi. Zapowiada się ciekawie, prawda? O tym właśnie opowiada Ucieczka z Festung Breslau.

Andrzej Ziemiański
Twórczość Andrzeja Ziemiańskiego poznałam już wcześniej czytając Breslau forever, która oczarowała mnie samym faktem, że spora część jej akcji działa się w miejscu mojego LO oraz internatu przy placu Nankiera we Wrocławiu, choć samo śledztwo było dość... specyficzne, a w zasadzie idiotyczne, ale i tak książka wzbudziła moją sympatię. A jak było z Ucieczką z Festung Breslau? Czy śledztwo okazało się równie idiotyczne? Zdecydowanie nie! Więc jak było?


Wrocław, 1945 r.
Ucieczka z Festung Breslau to książka, którą od dawna chciałam przeczytać i podeszłam do niej z wielkimi nadziejami. Sprawdziły się czy się zawiodłam? Trudno powiedzieć, bo oczekiwałam po niej więcej, ale jednocześnie książka nie okazała się tragiczna. Fabułą może przypominać trochę książkę pani Kalety pt. Operacja Kustosz, jednak owa pozycja przy twórczości Ziemiańskiego wypada dość marnie. Bowiem w Ucieczce mamy II Wojnę Światową (notabene przedstawioną o wiele lepiej, moim zdaniem oczywiście), ciekawie wykreowanych bohaterów, w tym pana o nazwisku Holmes, co może kojarzyć się ze znanym detektywem. Co do samej akcji można by wymagać o wiele więcej, większej intrygi, napięcia i dynamizmu. No ale cóż... Lubię książki, których akcja dzieję się we Wrocławiu, zwłaszcza w okolicach II Wojny Światowej, dlatego tak bardzo chciałam ją przeczytać, jednak nie jest to pozycja szczególnie zapadająca w pamięć... A szkoda, bo fajny pomysł, który można by poprowadzić ciut inaczej;)

środa, 28 sierpnia 2013

W ukryciu

Tytuł: W ukryciu
Autor: Lisa Gardner
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 412
Ocena: 5.5/6


Prawda jest taka, że nikt z nas nie ma kontroli nad czasem, jaki jest nam dany tu na ziemi. Mamy jedynie wpływ na teraźniejszość.







Dziewczyna, która wraz z rodzicami co jakiś czas się przeprowadza do zupełnie innego miasta jednocześnie zmieniając imię i nazwisko, szkołę oraz otoczenie. Początek niczym z mrocznego filmu Silent hill 2, czyż nie? Czy tylko ja mam takie skojarzenia z wstępem do akcji tej książki?

Zaraz na początku książki zatytułowanej W ukryciu poznajemy dziewczynę, która jest specjalistką w uciekaniu, zmienianiu nazwisk oraz zapewnianiu sobie bezpieczeństwa. Jednak nawet ona sama nie wie czego lub kogo tak naprawdę się boi i przed czym lub przed kim się ukrywa. Któregoś dnia, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu wyczytuje, że ktoś znalazł jej zwłoki, co ciekawe, nie jest to ciało niejako przypisane do jej obecnego, przybranego nazwiska, a do tego prawdziwego, które pamięta jedynie z jej dzieciństwa. Jak to możliwe? Jak to się stało? Jaka tragedia tam się stała? Czy dowiemy się, kto prześladował dziewczynę i czego tak naprawdę się bała? Jakich szokujących faktów dowie się podczas śledztwa? Czy jej rodzina może ją czymś jeszcze zdziwić?


 Lisa Gardner
Moim zdaniem, W ukryciu jest książką niezmiernie fascynującą i ciekawą. Autorka pisze w sposób nieskomplikowany i przystępny, stopniowo dawkując napięcie czytelnikowi, który przez większość książki główkuje się wraz z główną bohaterką, przed kim ona tak naprawdę uciekała. Jest to pierwsza pozycja Lisy Gardner, z jaką kiedykolwiek miałam kontakt, ale wypadła ona w moich oczach naprawdę dobrze. Świetnie skonstruowana intryga, fabuła oraz losy ciekawych bohaterów, które sięgają ich dalekiej przeszłości... Choć czasem można się pogubić w mieszanej narracji, która w niektórych rozdziałach była trzecioosobowa, w innych zaś pierwszoosobowa (ale z drugiej strony dodaje to dynamiki), to cała powieść to jeden z lepszych thrillerów jakie czytałam. Jest zagadka, psychopatyczny morderca, uciekanie nie wiadomo czym... I muszę przyznać, że podczas czytania miałam kilku podejrzanych, lecz żaden nie okazał się być tym właściwym... W ukryciu jest książką, która polecam bez dwóch zdań. Lekka w czytaniu, jednocześnie trzymająca w napięciu, zmuszająca do główkowania... Jeżeli po nią sięgniesz, zdecydowanie nie będzie to czas stracony;) Jeszcze kiedyś może się zabiorę za ekranizację tej powieści pod tym samym tytułem.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wyliczanka

Tytuł: Wyliczanka
Autor: John Verdon
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 504
Ocena: 5/6


Kłamiemy po to, żeby inni nam zaufali. Ukrywamy własne ja, by osiągnąć bliskość z innym człowiekiem. A sposób, w jaki szukamy szczęścia, sprawia, że zamiast się zbliżać, oddalamy się od niego. Kiedy nie mamy racji, walczymy do upadłego, żeby udowodnić światu, że jednak ją mamy.




Czy to jest w ogóle możliwe, żeby ktoś zgadł liczbę, o której pomyślisz? Czy można czytać w myślach? Jak bardzo ten ktoś musi Cię znać? Od tego wychodzi John Verdon w swoim debiucie książkowym, który od razu trafił na listy bestsellerów...

W Wyliczance poznajemy osławionego, emerytowanego detektywa, który nazywa się Dave Gurney. Któregoś dnia, jego stary znajomy prosi go o pomoc w znalezieniu autora tajemniczych listów pisanych czerwonym atramentem. Krótko po tym zamiast nadawcy, detektyw znajduje zwłoki swojego kolegi... Kim jest zabójca? Dlaczego zamordował akurat jego? O co mu chodziło w owych wierszowanych, pisanych odręcznie listach, w których zagaduje, to o jakiej liczbie pomyślał adresat? Czy będą następne ofiary?

Ból pozostaje właśnie dlatego, że odmawiamy szukania jego źródła. Nie potrafimy go zidentyfikować, bo odmawiamy poszukania jego korzeni.


John Verdon
Wyliczanka jest książką pełną tajemnic, które są związane głównie z bardzo sprytnym i inteligentnym zabójcą i adresatem owych listów, którego odkrycie naprawdę mnie zaskoczyło. Muszę przyznać, że książka bardzo mi się spodobała. Z wielką chęcią i ciekawością brnęłam do końca tej powieści, a to wszystko, po to, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, któż jest owym sprawcą całego zamieszania. Notabene, jest to bardzo ciekawie wykreowana postać. Inteligentny, sprytny perfekcjonista, który z zimną krwią dąży do tego co sobie zaplanował. Język, jakim autor napisał Wyliczankę, jest niezbyt skomplikowany i dość lekki, co sprawa, że książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Choć akcja rozkręca się powoli, później już płynie wartko, ale nie za szybko, a autor nie zasypuje czytelnika mnóstwem postaci, więc dość łatwo się w niej odnaleźć. Wszystko niczym zloty środek. A do tego jako bonus dostajemy opisy trudnych relacji głównego bohatera z żoną oraz ich osobistą tragedię – śmierć synka. Świetny motyw z wierszykami, liczbami i tajemniczymi śladami butów. Naprawdę, jak na debiut – cud, miód i orzeszki. Może nie jest to arcydzieło literatury, ale ma w sobie coś, co pociąga i sprawia, że jest niebanalna. Jednak moim zdaniem polski tytuł, nie oddaje tego co miało miejsce w książce... Oryginalny Think of a Number jest zdecydowanie lepszy i bardziej adekwatny do fabuły.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Hyperversum

Tytuł: Hyperversum
Autor: Cecilia Randall
Cykl: Hyperversum
Tom: pierwszy
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 768
Ocena: 5.5/6


Ten kto ma odwagę walczyć w imię tego, co uważa za słuszne, zostaje naznaczony- To znak, który zostaje wypalony w tobie na zewnątrz i w środku, który zmienia Cię na zawsze…




Wyobraź sobie, że masz porzucić wszystko i przenieść się osiemset lat wstecz do średniowiecza. Dałbyś radę? Przeżyłbyś w czasach, kiedy normą były małżeństwa traktowane jako kontrakt, a przede wszystkim brak takich ułatwień jak elektryczność, telefon czy inne jakie daje nam współczesny świat?

Hyperversum to piękna historyczno - fantastyczna opowieść, o tym jak grupka przyjaciół podczas gry komputerowej przenosi się do czasów średniowiecza. Jednak tym razem system zastrajkował i zostali tam na dłużej i to nie koniecznie wirtualnie, a rzeczywiście... Jakie przygody ich tam spotkają? Jak wczują się w przypisane im role? Jakie ich czekają zadania? I jak będą się czuli, po cofnięciu się w czasie o osiemset lat? Czy poradzą sobie w owej epoce uznawanej za zacofaną?

Grafika przedstawiająca
jedną z bohaterek
Hyperversum to piękna i jakże wciągająca historia o przeznaczeniu, dojrzewaniu, o przyjaźni i miłości, które przetrwają walki i różnice epok. Zdecydowanie jest to książka z przekazem, co może udowodnić cytat: Czyż czyny człowieka nie są ważniejsze od jego pochodzenia? Do tego ma naprawdę poruszające zakończenie, przepełnione niezrozumieniem współczesnych, bólem po rozstaniu z ukochaną sprzed ośmiu wieków oraz stratą najbliższych. Choć nie jestem osobą, która płacze na smutnych reklamach, tak tu kręciły mi się łezki w oczach Napisana w lekki sposób, na ciekawym tle historycznym, ale jednocześnie autorka nie zasypuje czytelnika mnóstwem szczególików, znalazła ona taki złoty środek, żeby jednocześnie ciekawie odwzorować tło historyczne i nie przesadzić z faktami. Co w tej książce jest takiego fascynującego? Zdecydowanie sama fabuła i pomysł na owe „wrota” do innego świata czy czasów. Także jakże ciekawa (przynajmniej dla mnie) epoka średniowiecza, która jest tu pokazana wbrew stereotypom ciemnoty i zacofaniu, świetnie opisane poświęcenie, sceny batalistyczne, rycerskie honory i turnieje... Do tego ciekawie wykreowani bohaterowie, którzy podczas ich swoistej podróży muszą dojrzeć oraz podjąć wyzwanie znalezienia się w rolach, jakie im się przytrafiły. W zadziwiający sposób jest tu przedstawione przeznaczenie i los człowieka, o misji dla niego przygotowanej. Choć książka ma prawie 800 stron, w ogóle tego nie czuć podczas czytania, ponieważ jest napisana w taki sposób, że niesamowicie wciąga i nie pozwala się oderwać. Zaczniesz czytać i już przepadasz w niej bez końca. Jestem nią zauroczona i poruszona zakończeniem, dlatego z niecierpliwością czekam na kontynuację pt. Rycerz czasu. Świetna książka, w której historia przeplata się z fikcją, a czytelnik ma rozrywkę gwarantowaną. Polecam bo naprawdę to naprawdę piękna i wartościowa lektura!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości


środa, 21 sierpnia 2013

Wakacyjny stosik księciowy:* (#7/2013)

Dawno stosika nie było, ale oto przyszedł na niego czas.
Wielki, ogromniasty stos, pełen książek moich ulubionych pisarzy.
Stosik już ledwie wciśnięty na regał, który już nie mieści tylu woluminów.


A wszystkie te książki od mojego najcudowniejszego Księcia z bajki, który mnie rozpieszcza na wszystkie możliwe sposoby:* Książki widoczne na zdjęciu to nabytki ostatnich dwóch miesięcy:D

niedziela, 18 sierpnia 2013

Zakoczony radością

Tytuł: Zaskoczony radością
Autor: Clive Staples Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 352
Ocena: 4.5/6


Okrucieństwo jest przecież większym złem niż pożądliwość, a Świat kryje w sobie przynajmniej tyle samo niebezpieczeństw co Ciało.







Clive Staples Lewis jest postacią bez wątpienia barwną i ciekawą, jest przede wszystkim postacią nieprzeciętną. Takiej wyobraźni w końcu trzeba, żeby stworzyć 7-tomowy cykl Opowieści z Narnii.  A jak wyglądało prywatne życie autora? Jego młodzieńcze lata, szkolne i uniwersyteckie przyjaźnie? Jaki miał kontakt z ojcem? Jak stracił i odzyskał wiarę? Co na do tego przyczyniło? O tym wszystkim możemy się dowiedzieć z jednej jego książek, a mianowicie z pozycji pt. Zaskoczony radością. A co to za wolumin?

Zaskoczony radością to specyficzna autobiografia C.S.Lewisa. A dlaczego specyficzna? Bo poza wieloma dokładnie opisanymi faktami ze swojego dzieciństwa i młodości, opisuje tam również swoje duchowe przemiany, jakie w nim zachodziły w tamtym czasie oraz to jaki na to wpływ miały inne osoby.  Jest to także swoiste świadectwo nawrócenia. Sam autor w przedmowie powiedział, że tę książkę napisał po części jako odpowiedź na prośby, bym opowiedział, jak z ateisty stałem się chrześcijaninem, a częściowo po to, by skorygować fałszywe pogłoski, które rozeszły się tu i ówdzie. A jak ona mi się podobała?

C.S.Lewis
Wszędzie, gdzie spotykałam recenzje Zaskoczonego radością, miała wszędzie wysokie noty i oceny, dlatego niezmiernie się ucieszyłam, że mogłam ją przeczytać. A podobało mi się w niej odwzorowanie tamtych czasów, a których żył C.S.Lewis oraz to, a jaki sposób opisywał on historię swojego życia. Język naprawdę na wysokim poziomie, a styl naprawdę lekki, więc czyta się naprawdę przyjemnie. Niewątpliwie jest to bardzo ciekawa i przyjemna jest opowieść o tamtejszych szkołach, a także ciekawe portrety osób otaczających, choć były one momentami dość płytkie, jakby autor chciał przedstawić postacie tylko i wyłącznie z dobrej strony. Jednak jest to książka, którą czyta się  z wielkim zaciekawieniem. Jest to książka, zdecydowanie dla tych, którzy już mieli kontakt z twórczością Lewisa, dla tych, którym ta postać jest bliska. Autor dokładnie przedstawia realia panujące na przełomie XIX i XX wieku, opisuje tamtejsze szkoły, uczelnie, zabawy... Pokazuje ten świat oczami małego chłopca, jakim wtedy był, a później z perspektywy rozwijającego się  i uczącego się młodzieńca. Kiedyś usłyszałam, że gdyby nie Tolkien, nie powstałyby Opowieści z Narnii, a w tej książce dowiadujemy się, że to właśnie autor Władcy pierścieni przyczynił się do nawrócenia Lewisa. Pięknie napisana opowieść przemiany z ateisty w chrześcijanina. I dowód na to, że będąc wiara nie wyklucza naukowych osiągnięć. Warto przeczytać, choć Smutek, poruszył mnie bardziej;)

Czy prąc naprzód przypadkiem nie utraciliśmy czegoś? Czy to, co dawne, nie było cywilizowane, a to co nowe – barbarzyńskie?


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:

czwartek, 15 sierpnia 2013

Władca Pierścieni

Skan okładki
Tytuł: Władca Pierścieni
Autor: John Ronald Reuel Tolkien
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Stron: 1312
Ocena: 6/6



Często tak bywa, Samie, gdy jakiś skarb znajdzie się w niebezpieczeństwie: ktoś musi się go wyrzec, utracić, by inni mogli go zachować.






Któż nie słyszał o tolkienowskiej Trylogii w postaci książek czy ich ekranizacji? Prawdziwa klasyka jeżeli chodzi o fantasy oraz znacząca pozycja w historii literatury w ogóle. Na czym polega fenomen Śródziemia i Władcy Pierścieni? Sama postanowiłam się przekonać, co takiego jest w tej książce, która wychowała już pokolenia;) 

Czy jest sens pisać stricte o fabule? Chyba nie;) Bo ogólnie wiadomo, że są hobbici, czarodziej, pierścień oraz ich misja. A to wszystko opisane w trzech tomach, które najczęściej spotyka się wydawane każdy oddzielnie: Drużyna (w moim wydaniu Bractwo) Pierścienia, Dwie Wieże oraz Powrót Króla, choć autor chciał by wydano je jako całość, jednak wydawca bał się, że w takim wydaniu może się nie sprzedać. I jak bardzo się mylił! Ja właśnie mam wydanie, w którym wszystkie trzy tomy są w formie jednej książki i będę to recenzować jako jedną książkę;)
My decydujemy tylko o tym jak wykorzystać czas, który nam dano.
Władca Pierścieni jest pozycją wyjątkową i temu chyba nikt nie zaprzeczy. A czemu zawdzięcza swoją wyjątkowość? Tolkien bowiem stworzył świat Śródziemia od samych podstaw czyniąc go równoległym do naszego, wykreował bajecznie ciekawe i barwne postacie, których tu tak wiele... Do tego tyleż języków w tej książce, iluż bohaterów i przygód! Po prostu WOW! Opisów jest sporo, lecz co to są za opisy! Piękności owego świata oraz jakże zaciekłych batalistycznych scen, które nadają impetu całej akcji. Osobiście jestem zachwycona całą Trylogią i mogę się zaliczyć do grona fanów twórczości Tolkiena, do której z pewnością kiedyś wrócę. Fakt, może być trudno przez to przebrnąć z powodu dużej ilości postaci czy imion, ale jednak pozycja jest napisana w taki sposób, że niezmiernie fascynuje i sprawia, że książkę chce się czytać jednym tchem! Coś czuję, że jeszcze kiedyś wrócę do Władcy;) I to z wielką chęcią. Polecam Władce, tym co jeszcze nie czytali. Istna klasyka, w której się zauroczyłam, jak i w świecie stworzonym przez Tolkiena i jego języku, które już miałam okazję poznać przy lekturze Hobbita. Moim zdaniem cud, miód i orzeszki. Trudno tu opisać mój zachwyt nad wykreowaniem owego świata i tej pozycji.  Jestem doprawdy oczarowana;) Władca Pierścieni – lektura obowiązkowa;)
ŒŚwiat dzieli się na tych, którzy czytali Hobbita i Władcę Pierśœcieni i tych, którzy dopiero je przeczytają. "Sunday Times"

A w tym wszytskich chodzi o pierścień;)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Stukostrachy

Tytuł: Stukostrachy
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Ilość stron: 830
Ocena: 4.5/6


W nocy, gdy cały dom już śpi,
Stukostrachy, Stukostrachy stukają do drzwi.
Chciałbym stąd uciec, lecz boję się,
że Stukostrach zabierze mnie.






Pamiętacie ze swojego dzieciństwa jakiś wierszyk lub postać, którymi Was straszono, jak byliście niegrzeczni? Jakieś potwory spod łóżka, brzydcy panowie albo coś jeszcze innego? A co jeżeli postacie z takich wierszyków istnieją naprawdę? A może to Stukostrachy?

Każdy, kto słyszał o Stephenie Kingu i jego twórczości, słyszał zapewne również o jednej z jego bardziej znanych książek pt. Stukostrachy, opowiadającej o sennym miasteczku Haven, w którym zaczynają dziać się różne dziwne rzeczy... Wyobraźcie sobie las, mroczny i wielki. To właśnie w nim Bobbi Anderson podczas spaceru ze swoim psem potyka się o jakąś dziwną rurę. Cóż to może być? Kobieta zaczyna kopać i to od tego się wszystko zaczęło...To zmienia wszystkich mieszkańców miatseczka, poza jednym, poza przyjacielem Bobbi – pisarzem Jimem Gardnerem. Dlaczego tak jest? Co odkopie Bobbi? Dlaczego wszyscy tak się zmieniają? I czym są tajemnicze, tytułowe Stukostrachy? Czemu od tego miejsca bije zielona poświata?


Przed lekturą tej książki nie miałam względem niej żadnych oczekiwań, a dodatkowo nie czytałam żadnych opinii na jej temat w Internecie. Po prostu dostałam ją któregoś dnia od mojego Ukochanego i zabrałam się za jej czytanie. I wbrew wielu negatywnym opiniom na jej temat, mi ona przypadła do gustu i w mojej ocenie wypada ona o wiele lepiej niż np. Komórka. Dlaczego? Choć po raz kolejny pojawia się postać pisarza, jak np. w Misery czy w Lśnieniu (książki jeszcze nie czytałam ale widziałam film), sam pomysł na książkę wydaje się ciekawy. Tu jakieś zmiany, szalone wynalazki, niewyczerpane pokłady sił i mieszkańcy, którzy zachowują się jak naćpani. A do tego pisarz – alkoholik z kawałkiem metalu w głowie, który nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Moim zdaniem King ma mistrza w tworzeniu fajnych pomysłów i niewykorzystywaniu ich do końca. Czy w Stukostrachach również tak było? Nie powiedziałabym. Idea wykorzystana na przyzwoitym poziomie, choć zdecydowanie mógłby wycisnąć z niej o wiele więcej. Ale jest ok. Do tego język i styl pisania charakterystyczne dla Kinga, generalnie średnio literacki język, młodzieżowy, ale lekki i przyjemny w czytaniu i sprawiający, że czytelnik nie chce się oderwać od książki. Jednak ostatnia pozycja autora - Joyland - podobała mi się o wiele bardziej, ale nie zmienia to faktu, że Stukostrachy wypadają pozytywnie w moich oczach. Ba! Zdecydowanie lepiej niż jej ekranizacja z 1993 roku, z Jimmy Smits oraz Marg Helgenberger w rolach głównych. W filmie Bobbi odebrałam jako kobietę zalatującą trochę na typową rozkojarzoną i zakochaną nastolatkę i to w dodatku blondynkę, jednak w książce wywołała u mnie zupełnie inne odczucia i wyobrażenia. No cóż, należe do grona tych ludzi, którzy uważają, że książki są lepsze od filmów;)
Czasami człowiek sądzi, że ujrzał już dno studni ludzkiej głupoty, ale spotyka kogoś, dzięki komu dowiaduje się, że ta studnia jednak nie ma dna
Podsumowując - polecam Stukostrachy, nie tylko fanom literatury grozy, lecz bardziej miłośnikom fantastyki przeplatanej z rzeczywistością. Ciekawa książka warta przeczytania. Lekka pozycja na umilenie letniego dzionka czy wieczoru;)

piątek, 9 sierpnia 2013

Jezus na prezydenta!

Tytuł: Jezus na prezydenta!
Autor: Zbigniew Masternak
Wydawnictwo: Korporacja ha!art
Ilość stron: 120
Ocena: 1/6


Tłumem wstrząsa śmiech. Na twarzach ludzi maluje się zaskoczenie – czy to przypadkiem nie jakaś „ukryta kamera”. Ale w przemawiającym jest coś takiego, że wielu słucha uważnie jego słów.






Jezus nie wątpliwie był ważną postacią historyczną świata, nie ważne, czy ktoś w Niego wierzy czy nie. W końcu to od roku Jego na rodzin liczy się teraz lata, a co by było gdyby Jezus startował na prezydenta Polski? Zbigniew Masternak postanowił napisać scenariusz filmowy, który by o tym opowiadał, a na podstawie niego powstała książka...

Jezus na prezydenta! to książka cienka i... banalna. Inaczej jej nazwać nie umiem. Powstała na bazie dość nieskomplikowanego pomysłu... Bo co to za pomysł? Policja zgarnia z dworca Warszawa Centralna żebraka, który podaje się za Jezusa Chrystusa, który chce zostać prezydentem Polski, a sama książka wydana w okolicach kampanii przed wyborami prezydenckimi. No cóż... Autor mnie do niej w żadnym razie nie przekonał. Dlaczego? Już piszę dlaczego.

Zbigniew Masternak

Jezus na prezydenta! to książka, jak już wcześniej wspominałam, na bazie banalnego pomysłu, a jej fabuła została utkana z jednego wątku i kilku oderwanych od siebie scen, równie nie rozbudowanych sama akcja. Sam pomysł mógłby być o wiele lepiej wykorzystany czy rozbudowany, jednak no cóż... Powstało jakieś takie coś, nazwane nowelą filmową, a  do tego napisane jakże prostym, wręcz nieliterackim językiem... Nudna, mdła, nie wyróżniająca się niczym. Nawet cała fabuła książki nie potrafi zainteresować czytelnika czy nawet wciągnąć w wir wydarzeń, bo brak w niej jakiejkolwiek akcji. Brak pomysłu, puenty, wartości... Brak w niej czegokolwiek, co by zachwyciło czy zaskoczyło... Niektórym się ona podoba, choć zupełnie nie rozumiem co w niej takiego, bo moim zdaniem jest to nijaka, wręcz mierna historyjka, dla czytelników zupełnie niewymagających... Jeszcze na okładce jest cena 27 złotych, czyli cena niejednej 2-3 razy grubszej książki. Na szczęście zapłaciłam za nią 5 zł w jakimś centrum taniej książki, choć i tak uważam, że to za dużo jak na taką miernotę. Zdecydowanie jej nie polecam. Choć jej przeczytanie zajmie Wam 30-40 min, to i tab będzie to strata czasu;) Z daleka od niej;)

czwartek, 8 sierpnia 2013

3096 dni

Tytuł: 3096 dni
Autor: Natascha Kampusch
Współpraca: Heike Gronemeier i Corinna Milborn
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 280
Ocena: 5/6



Nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. I nikt nie jest tylko dobry albo tylko zły.






3096 dni to długi okres, prawda? Bo ileż można zrobić w ciągu 8,5 roku swojego życia? Można napisać maturę, skończyć studia, zostać rodzicem, zrobić karierę... z 10-latki osiągnąć pełnoletniość, przemienić się z dziecka w kobietę, przeżyć swoją pierwsze młodzieńcze zauroczenie czy pocałunek... A jak ten okres spędziła Natascha Kampusch? Niech ona sama nam o tym opowie...

3096 dni jest poruszającą książką, a której autorka opowiada o swoim dzieciństwie krótko przed porwaniem, a przede wszystkim dowiadujemy się jak ono wyglądało, a także jak wyglądało życie owej dziewczyny podczas jej 3069 dni więzienia przez Wolfganga Priklopila – niepozornego 35 – latka, który okazał się mieć spore zaburzenia psychiczne. Jest to przede wszystkim opowieść o piekle, jakie udało się przetrwać Nataschy...

Natascha Kampusch dziś
3096 dni to książka, której nie da się przeczytać, bez zastanawia się nad ludzkim okrucieństwem z jednej strony i o wielkiej sile i chęci przetrwania z drugiej... Pojawia się myśl: Człowiek człowiekowi bliźnim czy wilkiem? Wracając do samej książki, jest to historia zdecydowanie warta poznania, bez dwóch zdań. A dlaczego? Opowiada ona naprawdę poruszającą, prawdziwą historię... Słyszał w wiadomościach chyba każdy. Nawet ja, która nie ogląda namiętnie wszystkich kanałów w poszukiwaniu newsów, usłyszałam o tej sprawie, a dzięki tej książce, możemy się dowiedzieć o tym, jak to wszystko wyglądało oczami porwanej, która po kilku latach od ucieczki czuła się na tyle silna, żeby o tym opowiedzieć... Jednak nie jest w stanie przekazać wszystkiego, zawłaszcza momentów wykorzystywania seksualnego. Jeżeli więc ktoś liczy na dokładne opisy makabrycznych chwil, to niech lepiej nie sięga po tę pozycję. Momentami zastanawiałam się, czemu Natasha nie wykorzystała wcześniejszych możliwości ucieczek, które miała... Widocznie tu pojawia się zwielokrotniony syndrom sztokholmski i silne przywiązanie do oprawcy... Zresztą sama nie wiem jak zachowałabym się w takiej sytuacji. Co do języka, to nie ma co oczekiwać wysokiego poziomu, skoro książka została napisana przez amatorkę, jednak widać pomoc literacką dwóch kobiet: Heike Gronemeier i Corinny Milborn. Choć cała historia jest wstrząsająca, a książkę chciałam przeczytać już dawno, to jednak mam po niej ciut mieszane uczucia, no ale cóż... Napewno nie jest to książka dla wszystkich. Sama nie do końca, wiedziałam czego się po niej spodziewać, jednak wiem, że książka na długo zostanie w mojej pamięci.
Natascha przed porwaniem, Wolfgang Priklopil, Natascha po ucieczce

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

"Trucicielka" E.E.Schmitt

Tytuł: Trucicielka
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo: Znak literanova
Ilość stron: 240
Ocena: 6/6 



Czy miłość nie nakazuje dbać przede wszystkim o drugiego człowieka? -Poświęcenie jest miarą każdej miłości.







Eric-Emmanuel Schmitt wsławił się najbardziej swoją książką pt. Oskar i pani Róża, od której (jeszcze w podstawówce) zaczęła się moja przygoda z jego twórczością. Należy on do grona moich ulubionych pisarzy, dlatego trudno mi go oceniać obiektywnie nie patrząc się przez pryzmat sympatii do niego. A jak było z Trucicielką?

Jest to zbiór czterech opowiadań, które choć oddzielne, tworzą spójną całość. Kobieta wyznająca młodemu księdzu w trakcie spowiedzi wszystkie swoje grzeszki związane z zabójstwem swoich mężów. Ojciec, pracujący na statku, który dowiedział się, że jego córka nie żyje. Bracia, będący niczym Kain i Abel, z których jeden ma świadomość, że zabił drugiego. Żona, która wie, że jej mąż – prezydent ją zdradza, a czułość okazuje tylko na pokaz przed ludźmi i kamerami. A w tych wszystkich historiach przeplata się jakaś myśl, która zatruwa umysł, staje się obsesją głównego bohatera... A poza nią pojawia się także miłość, ale w różnym wdaniu... A jak bardzo obsesyjne są owe myśli i jaka to miłość - przekonasz się po przeczytaniu;)

Eric-Emmanuel Schmitt
Trucicielka, moim zdaniem, to prawdziwy majstersztyk. Schmitt w pełni twórczej formy, który wciąż na nowo zachwyca swoim pisarskim warsztatem. Podobnie jak w Marzycielce z Ostendy, cały zbiór opowiadań tworzy całość, ma swój temat przewodni, jedną myśl, która przyświeca wszystkim pomniejszym formom, wyraźny, acz nie narzucający się za bardzo. Schmitt jest mistrzem w poruszaniu, w bardzo prosty i delikatny sposób, jakiejś głębokiej, wewnętrznej struny poruszenia, powodując jednocześnie głębokiego kaca książkowego, który sprawia, że nie chce wrócić się do rzeczywistości, a tym bardziej zaczynać następnej lektury. Zakochałam się w tej książce, zwłaszcza w ostatnim opowiadaniu zatytułowanym Elizejska miłość, przy którym poruszyłam się do głębi. Trzeba przyznać, że opowiadanie to trudny gatunek, jednocześnie dla autora i dla czytelnika. W końcu niełatwo tak okroić treść, żeby zostało to co najważniejsze, pozbyć się wodolejstwa, a osobie czytającej równie trudno wyłuskać sens, który chciał przekazać autor. Jednak Schmitt w tej dziedzinie jest prawdziwym mistrzem, a każde jego opowiadanie prawdziwym arcydziełem, które zachwyca, porusza i staje się celem zauroczenia.
Jak bardzo z upływem lat stajemy się wolni. W wieku 20 lat jesteśmy tym, co uczyniło z nas wykształcenie, ale już około 40-tu tym, co powstało w wyniku własnych wyborów, jeżeli takich dokonaliśmy.
Podsumowując, polecam Trucicielkę z całego serca i gwarantuję miło spędzony czas oraz książkowego kaca po książce;) Książka zdecydowanie warta przeczytania i to nawet nie raz! Perełka! A mojemu ukochanemu pięknookiemu Księciu z tej samej bajki dziękuję za taki prezent:*

niedziela, 4 sierpnia 2013

Krucyfiks





Tytuł: Krucyfiks
Autor: Chris Carter
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 424
Ocena: 5.5/6








Co powiecie na książkę, w której głównym wątkiem są zabójstwa? Ale dokonane przez seryjnego mordercę, który zostawia swoisty podpis? A co jeżeli okaże się, że być może być religijnym fanatykiem? Taką książkę postanowił stworzyć Chris Carter nadając jej tytuł Krucyfiks.

Bohaterem tej książki jest detektyw Robert Hunter, który od początku jest zaangażowany w sprawę owego mordercy, nazwanego przez media Krucyfiksem. Mimo że aresztowano i skazano na śmierć człowieka, który sam przyznał się do owych zabójstw, nasz detektyw od początku nie był pewny, czy to aby na pewno był on. A w okolicach pojawiają się nowe zwłoki idealnie pasujących do tych, do których przyznał się aresztowany. Czy to był ktoś wrobiony? Czy może to jakiś naśladowca? Czy Robert rozwiąże zagadkę?

Chris Carter
Krucyfiks jest jedną z tych siedemdziesięciu pięciu książek (!), które mój Ukochany podarował mi w ciągu cudownych, wspólnych 15 miesięcy razem. I jest jedną z tych, którą sam postanowił przeczytać, zanim mi ją podarował. Jego pozytywnych opinii nie było końca. Jednak dopiero teraz się za nią zabrałam. I uważam, że jest to jeden z najlepszych thrillerów, jakie w ogóle kiedykolwiek czytałam. Dlaczego? Otóż pierwszym czynnikiem jest nader ciekawy pomysł na fabułę, jak najbardziej wykorzystany przez autora – debiutanta (!), który akcję prowadzi tak, że czytelnik jest w stałym napięciu i z niecierpliwością oczekuje zaskakującego zakończenia. Muszę przyznać, że zupełnie nie tego się spodziewałam na końcu! Nie tego się domyślałam! Zwłaszcza interesujące było wykorzystanie tematu fanatyzmu religijnego, który przewija się w tej książce, a można domyślić się po tytule. Do tego, coś co przykuwa uwagę, to jakże ciekawe wykreowanie głównych bohaterów - detektywa Robert Hunter oraz jego partnera, z którym od niedawna pracuje. Ach, ta spostrzegawczość i dociekliwość, porównywalne z Sherlockiem Holmesem. Czyta przyjemność czytania i rozwiązywania zagadki!

Jeżeli szukasz thrillera z seryjnym zabójcą, ciekawą fabułą i zagadką, wciągającą i trzymającą w napięciu już od pierwszej strony – to Krucyfiks jest dla Ciebie! Polecam, bo naprawdę świetna książka!